Zagłębie - Zdzieszowice 1-0. Wygrali, ale skuteczność jest do poprawy
Jedyna bramka meczu padał w 26 minucie. Dośrodkowanie Tomasza Łuczywka na gola strzałem głową zamienił Michał Filipowicz. Zarówno przed tym trafieniem jak i później miejscowi mieli kilka znakomitych szans, po których kolejne bramki paść powinny, ale w sobotni wieczór celowniki sosnowiczan nie były zbyt dobrze nastawione.
Dogodnych szans nie wykorzystali Marcin Lachowski, Paweł Posmyk, Patryk Stefański, a przede wszystkim Filipowicz, który w 81 minucie przechwycił zagranie jednego z graczy Ruchu i samotnie pognał na bramkę Marcina Fecia. Mógł zrobić wszystko, zdecydował się podciąć futbolówkę i lobować gokipera gości. Niestety chybił i zamiast spokojnej końcówki Zagłębie do końca musiało być czuje.
- Nie wiem dlaczego tak zagrałem. Mogłem objechać bramkarza i wpakować piłkę do pustej bramki. Najważniejsze, że wygraliśmy bo gdyby padł remis, to bym sobie tego nie podarował - mówił po meczu Filipowicz.
- Najważniejsze, że dochodzimy do sytuacji strzeleckich. Dziś wygraliśmy i tylko to się liczy. Dziękuję pracownikom MOSiR-u z dyrektorem Baczyńskim na czele, bo od wczesnych godzin rannych wykonali mozolną pracę, dzięki której mogliśmy grać - powiedział trener Zagłębia, Leszek Ojrzyński. Trzeba pochylić głowy nad wyczynem osób, które odśnieżały obiekt, bo murawa wyglądała naprawdę znakomicie.
Sosnowiczanie triumfują i już czekają na kolejny mecz, a goście ze spuszczonymi głowami wyjeżdżali z Sosnowca. - To było najgorsze dwadzieścia pięć minut w naszym wykonaniu odkąd jestem w Ruchu. Początek w naszym wykonaniu był dramatyczny. Sami się prosiliśmy tej bramki. Co chwilę w pole karne wrzucana była piłka i w końcu coś musiało wpaść - rozkładał ręce Feć.
- Nie realizowaliśmy założeń taktycznych. Zabrakło determinacji, cwaniactwa, a przede wszystkim naszego stopera Drąga, który potrafi zapanować na środkiem pola - przyznał po meczu trener Ruchu Andrzej Polak.