Zagłębie - Olimpia 1-1. Znów przeszli drogę z nieba do piekła

02.04.2011
Kolejne nieszczęście w Sosnowcu! Zagłębie grając przez większość meczu w przewadze jednego zawodnika wypuściło zwycięstwo z rąk w doliczonym czasie gry! Awans jest coraz dalszy...
Przed meczem doszło do kilku zmian. Pauzującego za kartki Vladimira Bednara na prawej obronie zastąpił Marcin Strojek, na lewej stronie w miejsce Tomasza Łuczywka pojawił się debiutujący w Zagłębiu Michał Żółtowski. Do środka obrony przesunięty został Krzysztof Markowski, na szpicy od pierwszej minuty zagrał Ireneusz Gryboś, a Patryka Stefańskiego na boku pomocy zastąpił Paweł Posmyk.

Miejscowi błyskawicznie objęli prowadzenie. W polu karnym największym sprytem wykazał się Marcin Lachowski i z bliska wpakował piłkę do siatki. Niezwykle aktywny pod bramką przyjezdnych był Posmyk, który niepokoił bramkarza rywali strzałami głową. Lider nie zachwycał, ale dwukrotnie pod bramką Ołeksija Szlakotina zrobiło się gorąco.

Najpierw po strzale Adriana Frańczaka, a następnie Huberta Kościukiewicza. Ukraiński golkiper stanął jednak na wysokości zadania. W 42. minucie drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę zobaczył Bartłomiej Kowalski i wydawało się, że ułatwi to zadanie ekipie z Sosnowca.

A tymczasem... Po przerwie goście byli coraz groźniejsi, a Zagłębie nijak nie potrafiło wykorzystać przewagi liczebnej. Najbliższy tego na osiem minut przed końcem był Lachowski, ale piłkę po jego strzale na rzut rożny sparował Michał Wróbel.

Największe niebezpieczeństwo groziło sosnowiczanom po strzałach fragmentach gry. I to właśnie po rzucie rożnym padła bramka dla Olimpii, która praktycznie oznacza dla gospodarzy odłożenie marzeń o awansie na kolejny sezon. Paweł Kal, niczym Lachowski w pierwszej połowie, świetnie znalazł się w polu karnym i umieścił piłkę w bramce.

- Zamieszanie, dużo ludzi w polu karnym. Nawet nie widziałem, kto trącił piłkę. Zareagowałem instynktownie w ostatniej chwili i trochę mi brakło, by ją dosięgnąć. Nie wiem, czy piłka przekroczyła linię - relacjonował bramkarz Zagłębia. Sędzia uznał, że gol padł.

- Mieliśmy rywali na patelni. Nie można tak tracić punktów. W sekundzie cały rud poszedł na marne. Taktyka na drugą połowę była taka sama jak na pierwsze minuty meczu, Mieliśmy ich dobić, a wyszło jak wyszło. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie - mówił Krzysztof Markowski.

- Nie pomogły reprymendy w szatni. Jest powiedzenie "z nieba do piekła”. Dziś przeszliśmy tę drogę - westchnął trener Zagłębia, Leszek Ojrzyński.
autor: Krzysztof Polaczkiewicz

Przeczytaj również