Wojciech Lisowski: Co będzie dalej? Nie wiem. W głowie mam tylko awans
Wiesz, że przychodząc do Piasta byłeś na straconej pozycji?
- Nie wiedziałem. A dlaczego tak mówisz?
Bo piłkarze, których Piast ostatnio pozyskiwał z Legii - delikatnie mówiąc - zawodzili. Niezbyt chciani przy Łazienkowskiej, w Gliwicach nie spełniali pokładanych w nich oczekiwań.
- Moja sytuacja jest chyba trochę inna. Nie byłem niechciany, ale dano mi wybór: zostać w Legii i grać „ogony” w pierwszej drużynie, ale głównie występować w Młodej Ekstraklasie, albo rozwijać się dalej - w innym klubie. Przyszedłem więc do Piasta, gram w seniorskiej drużynie i ogrywam się w I lidze. To może mi dać występy w ekstraklasie.
Występy w ekstraklasie w barwach Legii czy Piasta?
- Na razie nie myślę o tym i staram się żyć tylko następnym meczem. W tym sporcie trudno coś planować. Ostatnio przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy doznałem kontuzji i właściwie z meczu na mecz wypadłem z gry. Dopiero odbudowałem formę, więc nie na miejscu byłoby myślenie o tym co będzie w maju albo czerwcu. Można powiedzieć, że moim jedynym dalszym celem jest pomóc Piastowi w powrocie do ekstraklasy.
I na razie pomagasz bramkami i niezłymi występami...
- Więc może ten stereotyp legionistów, którzy w Gliwicach się nie spisali, odszedł? Ja przyszedłem do Piasta, aby się rozwijać i pokazywać z jak najlepszej strony. Pobyt tutaj nie jest dla mnie „zesłaniem”, na którym muszę coś „odbębnić” (śmiech).
Chyba najlepiej to, o czym mówisz, widzi trener Brosz, który konsekwentnie na ciebie stawia. Nie bał się dać ci miejsca w składzie po wyleczeniu kontuzji.
- Mieliśmy długą czteromiesięczną przerwę w rozgrywkach, więc miałem sporo czasu, aby udowodnić trenerowi swoją wartość. Myślę, że solidnie przepracowałem ten czas i teraz widać efekty. Może jest tak, jak mówisz, i miałem coś do udowodnienia trenerom i kibicom? Ale myślę, że teraz już wiadomo, że warto na mnie stawiać i nie zawodzę oczekiwań.
Myślę, że kibiców ostatecznie przekonałeś swoimi rzutami wolnymi, po których strzeliłeś dwa gole w trzech meczach. Widziałem, że trener Dudek musiał was siłą ściągać z boiska po treningu i dopiero gdy rzucił żartem, że za każdy kolejny strzał zapłacicie karę - zeszliście.
- Tak, to prawda… Razem z Tomkiem zostajemy po treningu jak najczęściej się da i do oporu ćwiczymy te strzały. To swego rodzaju dążenie do perfekcji. Mamy takie założenie, aby każdy strzał być co najmniej celny, a później na meczu - aby była to bramka.
Więc z Termalicą możemy spodziewać się z twojej strony przynajmniej jakiegoś celnego strzału. W końcu masz to „kopyto”...
- Nie mam.
- Jak to nie masz? Po meczu z Wartą, gdy strzeliłeś debiutanckiego gola, mówiłeś, że masz!
- Ale teraz już tak nie mówię, bo koledzy podchwycili to hasło i później mi dogryzali (śmiech). Pozwól więc, że teraz powiem: staram się uderzać mocno, precyzyjnie i tak, aby jak najczęściej padał gol (śmiech).
Rozmawiał Maciej Smolewski