Wojciech Grzyb: To się mogło skończyć nawet walkowerem
15.04.2012
W ostatniej minucie mogłeś rozstrzygnąć derby. Czy z twojej perspektywy można zagranie z ostatniej minuty nazwać bramkową sytuacją?
Wojciech Grzyb: - Dokładnie nie widziałem piłki, bo Mariusz Magiera zawisnął w powietrzu i mi ją zasłonił. Przewidywałem, że ta futbolówka może przez niego przejść, więc strzelałem trochę w ciemno. Niestety, uderzyłem niecelnie, choć piłka zmierzała bardzo blisko bramki.
Takie mecze musicie chyba wygrywać, jeśli chcecie zostać mistrzami Polski. Zwłaszcza przy wynikach innych drużyn.
- Tak się mówi, ale taki mecz jak z Podbeskidziem Bielsko-Biała też trzeba było wygrać, a nie wygraliśmy, choć sytuację mieliśmy lepszą niż dzisiaj. To był taki mecz, w którym trzeba było walczyć do końca i zostawić wszystkie siły. I tak dzisiaj było, ale myślę, że spotkanie było emocjonujące, zwłaszcza w pierwszej połowie, która obfitowała w sytuacje bramkowe. Wydaje mi się, że ten remis jest mimo wszystko zasłużony. Przeważaliśmy we fragmentach tego spotkania, ale na gorąco myślę, że ten wynik nie krzywdzi żadnej ze stron.
Sytuacje faktycznie mieliście, ale tych 100-procentowych brakowało. Z czego to
wynikało?
- W dzisiejszych czasach drużyny wiedzą o sobie wszystko, a zwłaszcza takie drużyny jak Ruch i Górnik, które walczą o prymat na Górnym Śląsku. Bycie wyżej w tabeli jest dla nich równie prestiżowe jak mistrzostwo Polski. Atuty zostały z obu stron zneutralizowane, ale te sytuacje były, choć faktycznie nie wiem, czy była jakaś typowa "setka". Mimo wszystko obie drużyny dążyły do zwycięstwa i nie było takiej sytuacji - której sobie nie wyobrażam - żeby ktoś wychodził na boisko i bronił remisu.
Jak z twojej perspektywy wyglądało to, co działo się na trybunach?
- Chciałem zainterweniować, bo byłem najbliżej, a liczyłem, że jakaś estyma, którą się cieszę wpłynie na te niektóre osoby zamaskowane, noszące jakieś dziwne kombinezony. Liczyłem, że uda się zgasić to w zarodku, jednak sędzia boczny mnie zatrzymywał, żebym tam nie biegł. Było gorąco, ale miałem nadzieję, że w końcu pójdą po rozum do głowy. Jeśli chcą robić takie rzeczy, to niech to robią gdzie indziej, bo to nawet groziło walkowerem. Dlatego cieszę się, że udało się ten mecz chociaż dograć do końca...
To był twój monolog, czy te osoby zaczęły z tobą rozmawiać?
- To był monolog, którego nie chciałbym cytować, bo musiałem użyć naprawdę mocnych słów. Kilku z nich tylko na mnie beznamiętnie spojrzało. Byli w maskach, więc podejrzewam, że nigdy się nie dowiemy, kto to był.
Atmosfera w drużynie chyba jest troszkę inna niż po poprzednich derbach?
- Wynik determinuje wszystko. Gdybyśmy wygrali 1-0 to wszyscy by mówili, że wspaniała atmosfera i zwycięstwo po niezłym meczu. 0-0 pójdzie w świat i nie wszyscy będą się zastanawiać, jakie były okoliczności. Nie można się z tego cieszyć.
Wszyscy potracili punkty, a tutaj Lech zaczął nagle niebezpiecznie deptać wam po piętach...
- Wiedzieliśmy, że czołówka nie wygrała. Liczyliśmy, że "Kolejorz" też te punkty straci, ale im w przeciwieństwie do nas udało się w końcówce przechylić szalę na swoją stronę.
Jak widzisz wasze dalsze szanse? Zostają cztery mecze...
- Są jeszcze cztery kolejki plus finał Pucharu Polski, który - biorąc pod uwagę dzisiejsze stracone punkty - nie wiem, czy nie wyrasta na mecz sezonu. Ale spokojnie. Najpierw jedziemy do Warszawy na Polonię, potem ten puchar, a później się będziemy martwić jak sobie poradzić z zespołami, które mogą być do samego końca zaangażowane w walkę o utrzymanie.
Wojciech Grzyb: - Dokładnie nie widziałem piłki, bo Mariusz Magiera zawisnął w powietrzu i mi ją zasłonił. Przewidywałem, że ta futbolówka może przez niego przejść, więc strzelałem trochę w ciemno. Niestety, uderzyłem niecelnie, choć piłka zmierzała bardzo blisko bramki.
Takie mecze musicie chyba wygrywać, jeśli chcecie zostać mistrzami Polski. Zwłaszcza przy wynikach innych drużyn.
- Tak się mówi, ale taki mecz jak z Podbeskidziem Bielsko-Biała też trzeba było wygrać, a nie wygraliśmy, choć sytuację mieliśmy lepszą niż dzisiaj. To był taki mecz, w którym trzeba było walczyć do końca i zostawić wszystkie siły. I tak dzisiaj było, ale myślę, że spotkanie było emocjonujące, zwłaszcza w pierwszej połowie, która obfitowała w sytuacje bramkowe. Wydaje mi się, że ten remis jest mimo wszystko zasłużony. Przeważaliśmy we fragmentach tego spotkania, ale na gorąco myślę, że ten wynik nie krzywdzi żadnej ze stron.
Sytuacje faktycznie mieliście, ale tych 100-procentowych brakowało. Z czego to
wynikało?
- W dzisiejszych czasach drużyny wiedzą o sobie wszystko, a zwłaszcza takie drużyny jak Ruch i Górnik, które walczą o prymat na Górnym Śląsku. Bycie wyżej w tabeli jest dla nich równie prestiżowe jak mistrzostwo Polski. Atuty zostały z obu stron zneutralizowane, ale te sytuacje były, choć faktycznie nie wiem, czy była jakaś typowa "setka". Mimo wszystko obie drużyny dążyły do zwycięstwa i nie było takiej sytuacji - której sobie nie wyobrażam - żeby ktoś wychodził na boisko i bronił remisu.
Jak z twojej perspektywy wyglądało to, co działo się na trybunach?
- Chciałem zainterweniować, bo byłem najbliżej, a liczyłem, że jakaś estyma, którą się cieszę wpłynie na te niektóre osoby zamaskowane, noszące jakieś dziwne kombinezony. Liczyłem, że uda się zgasić to w zarodku, jednak sędzia boczny mnie zatrzymywał, żebym tam nie biegł. Było gorąco, ale miałem nadzieję, że w końcu pójdą po rozum do głowy. Jeśli chcą robić takie rzeczy, to niech to robią gdzie indziej, bo to nawet groziło walkowerem. Dlatego cieszę się, że udało się ten mecz chociaż dograć do końca...
To był twój monolog, czy te osoby zaczęły z tobą rozmawiać?
- To był monolog, którego nie chciałbym cytować, bo musiałem użyć naprawdę mocnych słów. Kilku z nich tylko na mnie beznamiętnie spojrzało. Byli w maskach, więc podejrzewam, że nigdy się nie dowiemy, kto to był.
Atmosfera w drużynie chyba jest troszkę inna niż po poprzednich derbach?
- Wynik determinuje wszystko. Gdybyśmy wygrali 1-0 to wszyscy by mówili, że wspaniała atmosfera i zwycięstwo po niezłym meczu. 0-0 pójdzie w świat i nie wszyscy będą się zastanawiać, jakie były okoliczności. Nie można się z tego cieszyć.
Wszyscy potracili punkty, a tutaj Lech zaczął nagle niebezpiecznie deptać wam po piętach...
- Wiedzieliśmy, że czołówka nie wygrała. Liczyliśmy, że "Kolejorz" też te punkty straci, ale im w przeciwieństwie do nas udało się w końcówce przechylić szalę na swoją stronę.
Jak widzisz wasze dalsze szanse? Zostają cztery mecze...
- Są jeszcze cztery kolejki plus finał Pucharu Polski, który - biorąc pod uwagę dzisiejsze stracone punkty - nie wiem, czy nie wyrasta na mecz sezonu. Ale spokojnie. Najpierw jedziemy do Warszawy na Polonię, potem ten puchar, a później się będziemy martwić jak sobie poradzić z zespołami, które mogą być do samego końca zaangażowane w walkę o utrzymanie.
Polecane
Ekstraklasa