Wojciech Grzyb: Słyszałem hasła "dziadku, pora kończyć karierę"

03.10.2011
37-letni Wojciech Grzyb i o rok młodszy Marcin Malinowski są nadal ważnymi punktami Ruchu Chorzów. - Mogą nas nazywać "dziadkami", bylebyśmy udowadniali swoją wyższość na boisku - mówi "Grzybek".
Lekceważące hasła zawodnicy Ruchu słyszeli wiosną, w Łodzi. - "Dziadku" pora kończyć karierę i tego typu. "Malina" udowadnia, że nie pora na to. Skoro nawiązujemy walkę z młodszymi rywalami, to niby dlaczego mamy kończyć z graniem? My robimy wszystko, aby zaprzeczyć tym słowom. Sądzę, że jeszcze w niejednym meczu pokażemy tym młodym, że nie takie z nas "dziadki". Że mamy siły biegać, walczyć i wygrywać - mówi Grzyb.

Widzew dotąd uchodził za zespół, który wyjątkowo wam "nie leżał"...
- Chyba tylko Śląsk Wrocław był równie trudnym rywalem. Odkąd jestem w Ruchu, wygraliśmy z Widzewem dwukrotnie, ale jedynie w Pucharze Polski. W lidze nasze bezpośrednie mecze kończyły się porażkami lub remisami. Przed sobotnim spotkaniem też słyszałem sugestie, żeby kibice stawiali u bukmacherów na pewny remis. Zadaliśmy temu kłam, co cieszy. Ruch był zespołem lepszym, zasłużył na te punkty.

Słyszał pan hasła o "dziadkach" już wcześniej?
- Tak, kiedy kilka lat temu grałem w barwach Odry, było to na porządku dziennym. Frustracja odgrywa dużą rolę, bo jeśli młodego, pełnego wigoru chłopaka ogrywa "Malina" albo Grzyb to najwyraźniej nie pozostaje mu nic innego, jak wyładować swoją złość. Mogą nas nazywać "dziadkami", bylebyśmy udowadniali swoją wyższość na boisku.

Po kwadransie sobotniego meczu niewiele wskazywało na to, że wygracie...
- Faktycznie, łodzianie lepiej weszli w ten mecz, ale miałem przekonanie, że Widzew będzie zespołem niepokonanym... tylko do tej soboty. Ziściło się to. Rozkręciliśmy się po tym pierwszym, średnim kwadransie. Rozkręcaliśmy się z każdą akcją. Każda następna była groźniejsza. W końcu jedna z nich zakończyła się bramką. Po przerwie od razu zdobyliśmy drugiego gola. Mecz był przez dłuższy czas pod naszą kontrolą, dlatego nawet ta jedna stracona bramka niczego nie zmieniła.

13:30, a więc godzina nietypowa. Polscy piłkarze uwielbiają w takich przypadkach narzekać. A tymczasem najstarsi zawodnicy Ruchu bez problemów wytrzymali trudy meczu.
- Media nagłaśniają porę rozgrywania meczów o tej porze, różni ludzie się wypowiadają, czy jest ona odpowiednia. My chcemy udowadniać, że w tych trudnych warunkach można pokazać trochę dobrego widowiska. Powinniśmy się z Widzewem pokusić o kolejne bramki. Z czego to wynikało? Z naszej chęci do gry. Dla mnie, czy dla Marcina Malinowskiego, to "ostatnie podrygi", dlatego każdy mecz sprawia nam mnóstwo radości i chcemy wykorzystać każdą szansę jak najlepiej. Marcin był w starciu z Widzewem jedną z pierwszoplanowych postaci. Zresztą on we wszystkich meczach bez problemów wytrzymuje pełne 90 minut.

Miałbyś pewnie pełną satysfakcję, gdybyś wykorzystał rzut karny. Dlaczego stało się inaczej?
- Nie strzelałem rzutów karnych od... europejskich pucharów, czyli ponad roku. Chciałem w sobotę tę "jedenastkę" strzelić, choć to Paweł Abbott był wykonawcą na początku sezonu. Co ciekawe, na ogół strzelca deprymują rywale. A tym razem zrobili to... Igor Lewczuk i Arek Piech, którzy zgłaszali chęci, by wziąć piłkę. Pomyślałem: "kurcze, deprymują mnie koledzy". Ważne, że skończyło się tak, jak się skończyło. Dodam, że mogę w następnym meczu podejść do kolejnego rzutu karnego, bo trzeba pokazać tak zwane "jaja" i spróbować się przełamać.

Rozmawiał Krzysztof Kubicki
autor: Krzysztof Kubicki

Przeczytaj również