Wojciech Grzyb opowiada, jak otrzymał propozycję z Legii Warszawa

25.04.2011
- Raz byłem bliski transferu do Legii. Dwa lata temu kończył mi się kontrakt. Czerwiec minął, a ja wciąż nie miałem umowy - wspomina ulubieniec kibiców Ruchu. Dlaczego z oferty nie skorzystał?
- To był chyba mój największy moment zawahania w życiu. Jestem wychowankiem Ruchu, całe życie chciałem tu grać, a musiałem czekać 12,5 roku na to, by na Cichą wrócić. I teraz, po 3,5 roku grania pojawia się taka oferta. A ja nie mam wiadomości ze swojego klubu, nie wiem, co ze mną będzie - opowiada Grzyb na łamach "Przeglądu Sportowego".

Legia była zdecydowana. - Mam 35 lat, a Jan Urban i Mirosław Trzeciak mówią: "Słuchaj, nie patrzymy ci w metrykę, tylko na to co reprezentujesz na boisku". I proszę pomyśleć, jak się poczułem. Zaczyna się burza mózgów. Staram się rozpatrzeć za i przeciw. Grałem w Radzionkowie, Wodzisławiu i w Chorzowie, a więc w klubach, w których generalnie nie zarabia się dużo. Nie dorobiłem się. I teraz jest szansa zarobić na zakończenie kariery. Ale też sam fakt, że chce mnie trener, dyrektor sportowy, a nawet jak słyszałem, sam właściciel - opowiada.

Grzyb w tamtym czasie zdradził tylko, że ma propozycję z klubu z pierwszej trójki. Mało kto sądził, że mowa o Legii. Jedna z gazet napisała, że mowa o Polonii Warszawa.

- Dziennikarz strzelał, bo powiedziałem, że to klub z pierwszej trójki. Na podium były akurat Legia, Wisła i Polonia, więc pewnie pomyślał: "Bądźmy poważni, Legia i Wisła Grzyba nie wezmą, więc pewnie Wojciechowski miał kaprys". Faktem jest, że po tej informacji zaczął ze mną rozmawiać Ruch i w końcu umowę podpisaliśmy. Ale to historia na inną okazję. W każdym razie kilka miesięcy później zrezygnowałem z opaski kapitańskiej - dodaje "Grzybek".
źródło: SportSlaski.pl / Przegląd Sportowy

Przeczytaj również