Trwa akcja "Ruch na swoim". Niebiescy już w strefie spadkowej
28.07.2018
Ruch zaczął mecz w najgorszy możliwy sposób. "Niebiescy" już w pierwszej minucie dali pograć rywalowi we własnej "szesnastce", w końcu z dość ostrego kąta mocno uderzył Leandro, a piłka od słupka wpadła do siatki Kamila Lecha. To była 37 sekunda spotkania!
Podopieczni trenera Fornalaka właściwie od początku musieli więc odrabiać straty. Próbowali - po rzucie rożnym do strzałów głową dochodzili Mateusz Majewski i Mateusz Bartolewski, niewiele pomylił się Michał Walski z dystansu posyłajac petardę w kierunku bramki przyjezdnych. W miarę upływu czasu w atakach gospodarzy było jednak coraz mniej konkretów. Ktoś trafił piłką w nogi rywala, ktoś inny nie zdołał przeciąć dośrodkowania, a ponieważ zadowoleni z jednobramkowej zaliczki radomianie ograniczyli się właściwie tylko do kontrataków i jednego strzału Leandro w boczną siatkę, o wielkich emocjach do końca pierwszej odsłony przy Cichej nie było mowy,
Fani zastanawiali się w przerwie, czy będzie się dało zacząć drugą połowę gorzej niż pierwszą. Gorzej faktycznie nie, ale tak samo... jak najbardziej. Po dwóch minutach od gwizdka sędziego powtórzył się scenariusz z otwarcia - tym razem piłkę przed bramką "Niebieskich" dostał Damian Szypurtowski i z podobnej pozycji co wcześniej Leandro wpakował piłkę do bramki gospodarzy. Po chwili mogło być zresztą 0:3, ale tym razem przytomnym wślizgiem Patryka Mikitę w ostatnim momencie zablokował Dominik Małkowski. Tymczasem o ile przed przerwą "Niebiescy" krótkimi momentami zdawali się przyciskać swojego rywala i walczyć o lepszy rezultat, to przy wyniku 0:2 praktycznie tylko Bartosz Nowakowski zatrudnił niemal bezrobotnego w sobotę Artura Halucha z bramki Radomiaka.
Fanów przy Cichej najmocniej musi przygnębiać fakt, że w starciu z Radomiakiem nie tylko nie zobaczyli goli, ale też niczego co mogłoby ich napawać optymizmem. W Ruchu nie było ani zalążka zespołowej, zorganizowanej gry, ani indywidualności która choćby przez chwilę próbowałaby tchnąć w kolegów więcej wiary. O ile w Tarnobrzegu "Niebiescy" mieli swoje dobre, albo nawet bardzo dobre okazje na strzelenie bramki, to w starciu z ekipą z Radomia byli po prostu bezradni. Po zaledwie dwóch kolejkach drużyna Dariusza Fornalaka rozgościła się w strefie spadkowej i choć trudno póki co chorzowian na stałe wpisywać w grono zespołów potencjalnie zamieszanych w grę o utrzymanie na trzecim froncie, to i o powrocie na zaplecze Ekstraklasy z taką grą trzeba będzie za chwilę zwyczajnie zapomnieć.
Podopieczni trenera Fornalaka właściwie od początku musieli więc odrabiać straty. Próbowali - po rzucie rożnym do strzałów głową dochodzili Mateusz Majewski i Mateusz Bartolewski, niewiele pomylił się Michał Walski z dystansu posyłajac petardę w kierunku bramki przyjezdnych. W miarę upływu czasu w atakach gospodarzy było jednak coraz mniej konkretów. Ktoś trafił piłką w nogi rywala, ktoś inny nie zdołał przeciąć dośrodkowania, a ponieważ zadowoleni z jednobramkowej zaliczki radomianie ograniczyli się właściwie tylko do kontrataków i jednego strzału Leandro w boczną siatkę, o wielkich emocjach do końca pierwszej odsłony przy Cichej nie było mowy,
Fani zastanawiali się w przerwie, czy będzie się dało zacząć drugą połowę gorzej niż pierwszą. Gorzej faktycznie nie, ale tak samo... jak najbardziej. Po dwóch minutach od gwizdka sędziego powtórzył się scenariusz z otwarcia - tym razem piłkę przed bramką "Niebieskich" dostał Damian Szypurtowski i z podobnej pozycji co wcześniej Leandro wpakował piłkę do bramki gospodarzy. Po chwili mogło być zresztą 0:3, ale tym razem przytomnym wślizgiem Patryka Mikitę w ostatnim momencie zablokował Dominik Małkowski. Tymczasem o ile przed przerwą "Niebiescy" krótkimi momentami zdawali się przyciskać swojego rywala i walczyć o lepszy rezultat, to przy wyniku 0:2 praktycznie tylko Bartosz Nowakowski zatrudnił niemal bezrobotnego w sobotę Artura Halucha z bramki Radomiaka.
Fanów przy Cichej najmocniej musi przygnębiać fakt, że w starciu z Radomiakiem nie tylko nie zobaczyli goli, ale też niczego co mogłoby ich napawać optymizmem. W Ruchu nie było ani zalążka zespołowej, zorganizowanej gry, ani indywidualności która choćby przez chwilę próbowałaby tchnąć w kolegów więcej wiary. O ile w Tarnobrzegu "Niebiescy" mieli swoje dobre, albo nawet bardzo dobre okazje na strzelenie bramki, to w starciu z ekipą z Radomia byli po prostu bezradni. Po zaledwie dwóch kolejkach drużyna Dariusza Fornalaka rozgościła się w strefie spadkowej i choć trudno póki co chorzowian na stałe wpisywać w grono zespołów potencjalnie zamieszanych w grę o utrzymanie na trzecim froncie, to i o powrocie na zaplecze Ekstraklasy z taką grą trzeba będzie za chwilę zwyczajnie zapomnieć.
Ruch Chorzów - Radomiak Radom 0:2 (0:1)
0:1 - Leandro 1'
0:2 - Szypurtowski 48'
Ruch: Lech - Kowalski, Obst, Małkowski, Bartolewski - Podgórski, Walski (56' Balicki), Urbańczyk (82' Jaworek), Bogusz, Wdowik (64' Nowakowski) - Majewski (78' Sikora). Trener: Dariusz Fornalak.
Radomiak: Haluch - Klabnik, Grudniewski, Świdzikowski - Jakubik, Kaput (79' Filipowicz), Makowski, Szuprytowski (65' Pietroń), Wawszczyk - Leandro (78' Suchanek), Mikita (72' Rolnic). Trener: Dariusz Banasik.
Sędzia: Marcin Szrek (Kielce)
Żółte kartki: Bogusz (Ruch), Kaput, Wawszczyk (Radomiak)
Widzów: 4824
Polecane
II liga