Trener Brosz na szczęście ma w rodzinie kardiologów

08.12.2009
- To nie był mój najbardziej dramatyczny debiut. Mam jednak nadzieję, że nie będę musiał już przeżywać takich spotkań, bo serducho mogłoby nie wytrzymać - mówi Marcin Brosz.
Zespół z Wodzisławia Śląskiego zagrał naprawdę dobre spotkanie przeciwko Jagiellonii Białystok. Czy to szkoleniowiec tchnął nowego ducha w piłkarzy? - W 48 godzin niewiele można zrobić. To, co zaprezentowaliśmy jest głównie zasługą moich poprzedników. Wszyscy wiedzą, że czasem się pracuje i wydaje się, że jest super, a nagle wszystko zaczyna się sypać. Trudno jest to później powstrzymać - mówi Marcin Brosz.

Szkoleniowiec nie miał jednak obaw, aby przejąć ostatnią drużynę w ligowej tabeli. - Odra była już w gorszych sytuacjach, z których udało się wyjść. To dla nich nie pierwszy raz. Jeśli cały klub będzie tak scementowany jak w meczu z "Jagą", to wierzę w utrzymanie się - mówi były trener Podbeskidzia Bielsko-Biała.

Jego debiut był niezwykle emocjonujący. Dwie czerwone kartki, karny "z kapelusza" dla rywala  i stracony gol z "jedenastki" w 90 minucie meczu, który sprawił, że Odra tylko zremisowała. - Modliłem się, aby dowieźć zwycięstwo do końca. To byłoby piękne. Graliśmy w osłabieniu i wygrywaliśmy w tak ważnym meczu. Musimy jeszcze mocniej pracować, aby wygrywać takie spotkania. To jest dla nas nauczka, ale był to symptom, że można grać dobrze - podkreśla Brosz. - To nie był mój najbardziej dramatyczny debiut. Mam jednak nadzieję, że nie będę musiał już przeżywać takich spotkań, bo serducho mogłoby nie wytrzymać. Na szczęścia mam w rodzinie kardiologów - uśmiecha się trener wodzisławian.

Mało kto jednak wierzy w utrzymanie klubu z Bogumińskiej bez wzmocnienia zespołu podczas przerwy zimowej. - Na razie nie myślę o zmianach w składzie. Koncentrujemy się na ostatnim starciu z Polonią Bytom - zaznacza Brosz.
autor: Sebastian Skierski

Przeczytaj również