TAK TO WIDZĘ: Wielka Sobota i dobre wybory Glika
08.04.2015
Nie mogę dzisiaj nie napisać o wychowanku MOSiRu Jastrzębie i WSP Wodzisław Śląski. Nie po tym, jak Glik dogonił w liczbie zdobytych goli w Serie A w ciągu jednego sezonu Zbigniewa Bońka, który siedem trafień zaliczył w rozgrywkach 1985/86 jako piłkarz Romy. Nie po tym, jak Kamil Glik jest obecnie najskuteczniejszym obrońcą w całej Europie! Nie po tym, jak kapitan Torino jest królem stałych fragmentów gry i pola karnego, skąd padły wszystkie jego bramki w Serie A – pięć zdobytych głową i dwie zdobyte prawą nogą. Do tego jeszcze gol (oczywiście podobny do pozostałych) w rozgrywkach Ligi Europy zdobyty z Zenitem Sankt Petersburg w 1/8 finału tych rozgrywek.
27-letni Kamil Glik na naszych oczach staje się wzorem do naśladowania dla wielu polskich chłopaków, którzy mają nadzieję na karierę w piłce nożnej. Pięć lat temu Piast Gliwice z Glikiem w składzie spadał z ekstraklasy. Gra środkowego obrońcy nie rzucała na kolana. Wątpię, by ktokolwiek wróżył mu wówczas taki sukces. A jednak milion euro(!) wyłożyło na niego Palermo, w którym kiedyś miał szansę zaistnieć Radosław Matusiak. Za tym transferem optował Walter Sabatini, dziś dyrektor sportowy Romy, a wówczas odpowiedzialny za transfery w klubie na Sycylii. W Palermo co prawda nie udało się zaistnieć, ale Glika to nie zraziło. Został wypożyczony do Serie B, do Bari, gdzie spotkał swojego największego trenerskiego mentora, Giampero Venturę. Dziś pracują razem w w Torino. Co więcej trener Ventura zapowiedział, że jeśli Glik będzie miał szansę pobić rekord Marco Materazziego, byłego najskuteczniejszego obrońcy w Serie A, który w sezonie 2000/01 zdobył w Perugii dwanaście goli (siedem z rzutów karnych), to wyśle Glika do wykonywania właśnie „jedenastek”.
Kamil Glik udowadnia, że piłka nożna czy uprawianie jakiejkolwiek dyscypliny sportu nie jest dla realistów, a tym bardziej dla pesymistów. Nie jest dla tych, których dzień składa się ze słów: nie umiem, nie da się, nie dam rady, jestem zmęczony, to za wysokie progi, trzeba sobie odpuścić, nie chce mi się. Wręcz przeciwnie historia Glika pokazuje, że futbol jest dla optymistów, którzy szklankę z wodą widzą do połowy pełną, dla marzycieli i romantyków, którzy wzbijając się w powietrze jak mityczny Ikar myślą tylko o tym, jak pięknie musi być za horyzontem. A nawet jeśli zdarzy się upadek, wbrew rozumowi, szybko wstają i lecą dalej. Dzięki swej pasji mogą przenosić piłkarskie góry.
Nie wiem, czy z takim podejściem Glik się urodził, czy tak był wychowywany, ale wiem, że ważną rolę w karierze Glika odegrała również… jego żona – Marta! Kiedy po jednym z meczów Piasta Gliwice wypadł z wesołego autobusu wracającego po ligowym meczu w Polsce, żona wściekła się na niego i powiedziała mu:
„Albo będzie kariera za granicą, albo nie będzie kariery nigdzie!”.
I być może w tym tkwi cały sekret kariery Glika? Dokonywać dobrych wyborów. Nie tylko tych na boisku, ale poza nim. To podstawa sukcesu.
Filip Surma
dziennikarz NC+
trener II klasy (UEFA A)
filipsurma@hotmail.com
27-letni Kamil Glik na naszych oczach staje się wzorem do naśladowania dla wielu polskich chłopaków, którzy mają nadzieję na karierę w piłce nożnej. Pięć lat temu Piast Gliwice z Glikiem w składzie spadał z ekstraklasy. Gra środkowego obrońcy nie rzucała na kolana. Wątpię, by ktokolwiek wróżył mu wówczas taki sukces. A jednak milion euro(!) wyłożyło na niego Palermo, w którym kiedyś miał szansę zaistnieć Radosław Matusiak. Za tym transferem optował Walter Sabatini, dziś dyrektor sportowy Romy, a wówczas odpowiedzialny za transfery w klubie na Sycylii. W Palermo co prawda nie udało się zaistnieć, ale Glika to nie zraziło. Został wypożyczony do Serie B, do Bari, gdzie spotkał swojego największego trenerskiego mentora, Giampero Venturę. Dziś pracują razem w w Torino. Co więcej trener Ventura zapowiedział, że jeśli Glik będzie miał szansę pobić rekord Marco Materazziego, byłego najskuteczniejszego obrońcy w Serie A, który w sezonie 2000/01 zdobył w Perugii dwanaście goli (siedem z rzutów karnych), to wyśle Glika do wykonywania właśnie „jedenastek”.
Kamil Glik udowadnia, że piłka nożna czy uprawianie jakiejkolwiek dyscypliny sportu nie jest dla realistów, a tym bardziej dla pesymistów. Nie jest dla tych, których dzień składa się ze słów: nie umiem, nie da się, nie dam rady, jestem zmęczony, to za wysokie progi, trzeba sobie odpuścić, nie chce mi się. Wręcz przeciwnie historia Glika pokazuje, że futbol jest dla optymistów, którzy szklankę z wodą widzą do połowy pełną, dla marzycieli i romantyków, którzy wzbijając się w powietrze jak mityczny Ikar myślą tylko o tym, jak pięknie musi być za horyzontem. A nawet jeśli zdarzy się upadek, wbrew rozumowi, szybko wstają i lecą dalej. Dzięki swej pasji mogą przenosić piłkarskie góry.
Nie wiem, czy z takim podejściem Glik się urodził, czy tak był wychowywany, ale wiem, że ważną rolę w karierze Glika odegrała również… jego żona – Marta! Kiedy po jednym z meczów Piasta Gliwice wypadł z wesołego autobusu wracającego po ligowym meczu w Polsce, żona wściekła się na niego i powiedziała mu:
„Albo będzie kariera za granicą, albo nie będzie kariery nigdzie!”.
I być może w tym tkwi cały sekret kariery Glika? Dokonywać dobrych wyborów. Nie tylko tych na boisku, ale poza nim. To podstawa sukcesu.
Filip Surma
dziennikarz NC+
trener II klasy (UEFA A)
filipsurma@hotmail.com
Polecane
Z regionu
Przeczytaj również
04.05.2022
04.05.2022
Wielka bitwa o snajperską koronę