TAK TO WIDZĘ: Sposób na rzut karny a sznurówki Rooneya

25.02.2015
Rzut karny jest dla mnie, jak pojedynek rewolwerowców oddalonych od siebie o jedenaście metrów. Mentalny pojedynek. Próba nerwów, sprytu, refleksu, wiary i pewności we własne umiejętności. (Zazwyczaj) wygrywa ten, kto ma bardziej chłodną głowę i gorące stopy. To pierwsze, by jasno myśleć. Drugie, by twardo stąpać po ziemi.
Rzut karny jest trudnym momentem. Zwłaszcza z perspektywy uderzającego piłkę. Najlepszy przykład dostarczyła miniona kolejka Ekstraklasy. W meczu Podbeskidzie - Cracovia Maciej Iwański podchodził do „jedenastki” w 79. minucie meczu przy stanie 0:1. Patrząc z boku myślisz sobie:

- Ten facet „musi” wykorzystać taką okazję. Lepszej nie będzie!

Tak na marginesie trzeba napisać - dla tych, którzy nie widzieli tego meczu - że gra Podbeskidzia w ogóle się nie kleiła. Maciej Iwański gola strzelił. Podbeskidzie zremisowało mecz. Ale to, co mnie zainteresowało tuż po tym, jak piłka zatrzepotała w siatce, to prawdziwy oddech ulgi pomocnika „Górali”. Nie wiem ile dwutlenku węgla wyrzucił wtedy z siebie pomocnik Podbeskidzia, ale wyraz twarzy mówił sam za siebie. Serce stało się lżejsze o kamień ważący kilka dobrych kilogramów.

Podobnie było w Poznaniu, gdzie Filip Starzyński stanął przed szansą zdobycia kontaktowego gola i wskrzeszenia nadziei na korzystny rezultat. Gra Ruchu nie wyglądała do tego momentu dobrze, ale wykorzystany karny sprawił, że nagle cały zespół poczuł się jakby dostał potężny zastrzyk nowej energii.

W jednym i drugim przypadku problem polegał jednak na tym, że wszyscy od wykonawców spodziewali się gola: kibice, prezesi, trenerzy, masażysta, lekarz, kierownik.

-„No bo jak karnego się nie wykorzystuje, to jak chcesz zdobyć jakiekolwiek punkty?”.

Być może najwięcej zrozumienia w takiej sytuacji mają koledzy z zespołu albo Ci, którzy bywali w takich sytuacjach. Niezależnie od wsparcia jest to jednak chwila, w której egzekutor jest sam. Jak rewolwerowiec. Od Twojego strzału zależy los pozostałych. Najgorsze co może cię wtedy spotkać, to strach.   

Statystycznie więcej karnych jest strzelonych aniżeli obronionych, co w nieco uprzywilejowanej sytuacji stawia wykonujących „jedenastkę”. Z drugiej strony, ciekawa przy rzucie karnym jest również perspektywa bramkarza. Jak to mówią:

- Chłopie, nie masz nic do stracenia!

Bo to nie na nim ciąży większa odpowiedzialność. Zapewne też dlatego piłkarze o takich momentach często mówią, że bramka nagle robi się „taka mała”, a bramkarz „taki wielki”! Przekonał się o tym Marcin Kamiński, który przegrał pojedynek z golkiperem Ruchu, Matusem Putnowskym. Strzał wydawał się dobry, ale obrona golkipera „Niebieskich” była jeszcze lepsza.

Czy jest jakaś recepta na wykonywanie jedenastek? Historia futbolu przechowuje w archiwach mnóstwo przykładów, w których mylili się Ci najwięksi (nawet wczoraj Messi. To był piąty  niewykorzystany przez niego karny z ostatnich dziesięciu!). Każdy egzekutor ma zapewne swoje przemyślenia na ten temat. Mnie przekonuje jednak sposób myślenia Wayne’a Rooneya. Anglik zaczyna przede wszystkim od tego, że rzuty karne trzeba po prostu ćwiczyć. Do znudzenia. To musi wejść w nawyk. Jak śniadanie po przespanej nocy. Co jeszcze?

Zawsze przed meczem - mówi Rooney - podejmuje decyzję, czy chcę wykonywać karnego, jeśli będzie taka okazja, czy nie. Jeśli tak, to już przed wejściem na murawę wiem, jak wykonam jedenastkę, jak mocno uderzę i w który róg bramki.

A zatem już przed meczem Anglik wie, czy będzie wykonywał „jedenastkę” czy też nie. Egzekwując rzut karny uderza dokładnie tak, jak sobie wcześniej zaplanował. Nigdy nie zmienia decyzji przy ustawianiu piłki czy w ostatniej chwili przed strzałem. Nie zastanawia się już czy ma strzelić w prawy róg, czy w lewy. Dołem czy pod poprzeczkę. Tym samym stara się nie dopuszczać do siebie emocji, które mogą zachwiać jego postawą. Trochę działa, jak komputer w systemie zero-jedynkowym.

Kiedy ustawiam piłkę na jedenastym metrze - kontynuuje Rooney - kompletnie się wyłączam. Przestaję słyszeć kibiców, przestaję widzieć rywali, a nawet bramkarza wymachującego rękami. Jedyne czego potrzebuję to dobrze zawiązane sznurówki.

Rooney po prostu traktuje to uderzenie, jak każde inne. Jak stempel z datą „25-02-2015” na zagięciu koperty przybijany przez urzędnika pocztowego na przesyłce poleconej.

Poszło.

Doszło?

Tym już sobie nie zawraca głowy. Po prostu zrobił tak, jak umie najlepiej…


Filip Surma
dziennikarz NC+
trener II klasy (UEFA A)
filipsurma@hotmail.com
 
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również