TAK TO WIDZĘ: Siła Ruchu
12.03.2014
Po zwycięstwie Ruchu Dariusz Smagorowicz, prezes klubu, powiedział: „Wygląda na to, że zapewniliśmy sobie utrzymanie”.
W odpowiedzi na te słowa w Gazecie Wyborczej pojawił się tytuł, że „Ruch Chorzów goni Legię Warszawa, a prezesa trzymają się żarty”. Dziennikarze Gazety sugerują, że w takiej dyspozycji Ruch powinien jasno i zdecydowanie zadeklarować podjęcie rywalizacji co najmniej o podium. Rzeczywistość boiskowa pokazuje, że może tak być, ale moim zdaniem, jeśli nawet Ruch miałby się włączyć do wyścigu o puchary, to lepiej w Chorzowie na tę chwilę nie zaprzątać sobie tym głowy. Fakt, że Ruch nie gra w lidze w roli faworyta tylko pomaga temu zespołowi.
Dla wszystkich przestrogą jest przykład zza miedzy. W Zabrzu przekonano się, że nakładanie dodatkowej presji (słynne „idziemy na mistrza” wypowiedziane przez właścicieli klubu) kończy się fatalnie. W Chorzowie zatrudniając trenera Jana Kociana nikt nie oczekiwał cudów. Liczył się tylko każdy kolejny mecz.
W tym miejscu na pierwszy plan wysuwa się rola właścicieli i zarządzających klubem. W Chorzowie dobrze o tym wiedzą, bo przecież za czasów Waldemara Fornalika nikt głośno nie mówił o medalach, a i tak zespół wzniósł się na wyżyny swoich możliwości. Systematyczną pracą Ruch w 2010 roku sięgnął po trzecie miejsce, a w 2012 roku zdobył wicemistrzostwo Polski!
Jan Kocian trafił do klubu, który ma swój sposób pracy nad przygotowaniem fizycznym i wizję przygotowania zawodnika do gry. Podstawą treningu motorycznego jest trening siły (ogólnie rzecz ujmując), który zapoczątkował ś.p. nieodżałowany doktor Jerzy Wielkoszyński. Ten system pracy stał się wizytówką klubu. W pewnym sensie Ruch miał już fundament, na którym można budować grę zespołu. Z pewnością powyższy fakt sprzyja pracy w Chorzowie, jednak sytuacja, w której Jan Kocian obejmował zespół nie była łatwa. Po 0:6 w Białymstoku drużyna była rozsypana mentalnie i taktycznie.
Dzisiaj wielu podoba się gra Ruchu. Mówi się o solidnej grze defensywnej całego zespołu, o umiejętnym przejściu po odbiorze piłki do ataku czy mądrym utrzymaniu się przy piłce. Warto jednak sobie przypomnieć, że pierwsze mecze z udziałem słowackiego szkoleniowca wiązały się z trudnymi i ryzykownymi decyzjami. Zmian personalnych w składzie było kilka. Strzałem w dziesiątkę okazało się jednak przede wszystkim przesunięcie ze środka pomocy na pozycję stopera Marcina Malinowskiego. Być może dziś taka decyzja wydaje się łatwa i przewidywalna, ale w danej chwili taka nie była. To, co rzucało się w oczy w pierwszych meczach Ruchu, to fakt, iż uwaga zespołu w zdecydowanej mierze była ukierunkowana na to, by nie stracić gola. Styl gry nie wyglądał tak interesująco, jak chociażby w spotkaniu przeciwko Wiśle. Na mecz w Krakowie, Ruch – pisząc kolokwialnie – musiał swoje odpracować.
Zachowując oczywiście wszelkie proporcje(!) powyższa sytuacja przypomina mi trochę to, co działo się w Realu Madryt z trenerem Carlo Ancelottim. Po objęciu sterów w Madrycie włoski szkoleniowiec rozpoczął swoją pracę od poprawy gry w obronie. W klubie, gdzie styl gry musi być nie tylko skuteczny, ale i widowiskowy Ancelotti zaczął od żmudnej pracy nad defensywą Realu. Wiele meczów w wykonaniu „Królewskich” wyglądało po prostu brzydko. Po stu dniach hiszpańska prasa w ciemnych kolorach zaczęła przewidywać przyszłość Realu. Dziś zespół z Madrytu zajmuje pierwsze miejsce w Primera Division i cieszy oczy kibica w Lidze Mistrzów.
Stare piłkarskie powiedzenie mówi, że zespół zaczyna się budować od obrony, czyli od gry w defensywie jedenastu zawodników. Przy stracie goli najczęściej widać błędy bramkarza czy obrońców. To fakt, że w głównej mierze ich zadaniem jest takie ustawienie się na boisku, ażeby zminimalizować ryzyko straty gola. Jednak najtrudniej nauczyć CAŁY zespół odpowiedzialności za obronę dostępu do własnej bramki. Łatwo to też napisać, trudniej przećwiczyć na boisku, a najtrudniej wprowadzić w rzeczywistość meczową. Trenerowi Kocianowi to się udało. Dotychczas podczas osiemnastu meczów trenera Kociana Ruch spośród wszystkich zespołów ekstraklasy stracił najmniej goli i zgromadził najwięcej punktów – trzydzieści osiem. Kolejny mecz już w najbliższą niedzielę…
W odpowiedzi na te słowa w Gazecie Wyborczej pojawił się tytuł, że „Ruch Chorzów goni Legię Warszawa, a prezesa trzymają się żarty”. Dziennikarze Gazety sugerują, że w takiej dyspozycji Ruch powinien jasno i zdecydowanie zadeklarować podjęcie rywalizacji co najmniej o podium. Rzeczywistość boiskowa pokazuje, że może tak być, ale moim zdaniem, jeśli nawet Ruch miałby się włączyć do wyścigu o puchary, to lepiej w Chorzowie na tę chwilę nie zaprzątać sobie tym głowy. Fakt, że Ruch nie gra w lidze w roli faworyta tylko pomaga temu zespołowi.
Dla wszystkich przestrogą jest przykład zza miedzy. W Zabrzu przekonano się, że nakładanie dodatkowej presji (słynne „idziemy na mistrza” wypowiedziane przez właścicieli klubu) kończy się fatalnie. W Chorzowie zatrudniając trenera Jana Kociana nikt nie oczekiwał cudów. Liczył się tylko każdy kolejny mecz.
W tym miejscu na pierwszy plan wysuwa się rola właścicieli i zarządzających klubem. W Chorzowie dobrze o tym wiedzą, bo przecież za czasów Waldemara Fornalika nikt głośno nie mówił o medalach, a i tak zespół wzniósł się na wyżyny swoich możliwości. Systematyczną pracą Ruch w 2010 roku sięgnął po trzecie miejsce, a w 2012 roku zdobył wicemistrzostwo Polski!
Jan Kocian trafił do klubu, który ma swój sposób pracy nad przygotowaniem fizycznym i wizję przygotowania zawodnika do gry. Podstawą treningu motorycznego jest trening siły (ogólnie rzecz ujmując), który zapoczątkował ś.p. nieodżałowany doktor Jerzy Wielkoszyński. Ten system pracy stał się wizytówką klubu. W pewnym sensie Ruch miał już fundament, na którym można budować grę zespołu. Z pewnością powyższy fakt sprzyja pracy w Chorzowie, jednak sytuacja, w której Jan Kocian obejmował zespół nie była łatwa. Po 0:6 w Białymstoku drużyna była rozsypana mentalnie i taktycznie.
Dzisiaj wielu podoba się gra Ruchu. Mówi się o solidnej grze defensywnej całego zespołu, o umiejętnym przejściu po odbiorze piłki do ataku czy mądrym utrzymaniu się przy piłce. Warto jednak sobie przypomnieć, że pierwsze mecze z udziałem słowackiego szkoleniowca wiązały się z trudnymi i ryzykownymi decyzjami. Zmian personalnych w składzie było kilka. Strzałem w dziesiątkę okazało się jednak przede wszystkim przesunięcie ze środka pomocy na pozycję stopera Marcina Malinowskiego. Być może dziś taka decyzja wydaje się łatwa i przewidywalna, ale w danej chwili taka nie była. To, co rzucało się w oczy w pierwszych meczach Ruchu, to fakt, iż uwaga zespołu w zdecydowanej mierze była ukierunkowana na to, by nie stracić gola. Styl gry nie wyglądał tak interesująco, jak chociażby w spotkaniu przeciwko Wiśle. Na mecz w Krakowie, Ruch – pisząc kolokwialnie – musiał swoje odpracować.
Zachowując oczywiście wszelkie proporcje(!) powyższa sytuacja przypomina mi trochę to, co działo się w Realu Madryt z trenerem Carlo Ancelottim. Po objęciu sterów w Madrycie włoski szkoleniowiec rozpoczął swoją pracę od poprawy gry w obronie. W klubie, gdzie styl gry musi być nie tylko skuteczny, ale i widowiskowy Ancelotti zaczął od żmudnej pracy nad defensywą Realu. Wiele meczów w wykonaniu „Królewskich” wyglądało po prostu brzydko. Po stu dniach hiszpańska prasa w ciemnych kolorach zaczęła przewidywać przyszłość Realu. Dziś zespół z Madrytu zajmuje pierwsze miejsce w Primera Division i cieszy oczy kibica w Lidze Mistrzów.
Stare piłkarskie powiedzenie mówi, że zespół zaczyna się budować od obrony, czyli od gry w defensywie jedenastu zawodników. Przy stracie goli najczęściej widać błędy bramkarza czy obrońców. To fakt, że w głównej mierze ich zadaniem jest takie ustawienie się na boisku, ażeby zminimalizować ryzyko straty gola. Jednak najtrudniej nauczyć CAŁY zespół odpowiedzialności za obronę dostępu do własnej bramki. Łatwo to też napisać, trudniej przećwiczyć na boisku, a najtrudniej wprowadzić w rzeczywistość meczową. Trenerowi Kocianowi to się udało. Dotychczas podczas osiemnastu meczów trenera Kociana Ruch spośród wszystkich zespołów ekstraklasy stracił najmniej goli i zgromadził najwięcej punktów – trzydzieści osiem. Kolejny mecz już w najbliższą niedzielę…
Polecane
Ekstraklasa