TAK TO WIDZĘ: 500. meczów nie mija jak jeden dzień
04.11.2015
W meczu z Wisłą Kraków Łukasz wystąpił po raz 501. w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Parafrazując piosenkę Andrzeja Rosiewicza dziś można by zaśpiewać bratu, że 500. meczów minęło jak jeden dzień. Ale to byłaby nieprawda. Kariera Łukasza w Ekstraklasie zaczęła się w 1996 roku w spotkaniu z GKS-em Bełchatów. Pamiętam ten mecz bardzo dobrze, bo chyba przeżywałem go nie mniej od Łukasza. Trenerem Wisły był wówczas Henryk Apostel, który na ten mecz wyznaczył Łukaszowi jedno, konkretne zadanie. Łukasz miał zostać „plastrem” rozgrywającego GKS-u Bełchatów, Jacka Berensztajna. Na przedmeczowej odprawie usłyszał: „Masz za nim iść nawet do toalety!”. Zadanie nie było łatwe z kilku względów. Po pierwsze, mentalnych – to był debiut Łukasza w Ekstraklasie w barwach klubu, który właśnie powrócił do Ekstraklasy. Presja zatem była niemała. Po drugie, Jacek Berensztajn był wówczas w swojej najwyższej formie dopiero co został świeżo upieczonym reprezentantem Polski. Skończyło się jednak dobrze. Wisła wygrała 1:0, a Łukasz zagrał bardzo dobry mecz.
Łukasz grał – oprócz Wisły – w Ruchu, Legii i Lechii. Ale z perspektywy czasy myślę, że to Ruch był mu chyba z góry pisany. Podczas jednego z turniejów trampkarzy w Chorzowie Łukasz został wybrany najlepszym zawodnikiem. Nagrodę wręczał mu sam Gerard Cieślik. Kompletnie zachwycony wówczas występami Łukasza powiedział do młodego wówczas chłopaka, a w zasadzie jeszcze chłopca, że ten pasowałby do rodziny Niebieskich. I tak się stało. Łukasz odchodząc z Wisły, przeszedł właśnie do Ruchu. To Chorzów był dla niego trampoliną do wielkiej piłki, to do Chorzowa wrócił by zagrać 500.mecz w polskiej ekstraklasie.
Historii z Łukaszem związanych jest całe mnóstwo, ale co stoi za jego sukcesem? Na pewno geny. Tata Fryderyk nie miał tak bogatej kariery jak Łukasz, ale miał jedno, co z pewnością przelał na syna- końskie zdrowie. Ojciec należał do piłkarzy (grał w Cracovii), którzy - jak to się mówi - mógł zagonić psa. Zresztą Mama Taty ma dziś ponad 100 lat, więc jeszcze raz - geny. Druga rzecz to szybkość logicznego myślenia i umiejętność strategicznego patrzenia na futbol. To zasługa mojej Mamy, która była świetnym nauczycielem i pedagogiem. To dzięki niej nabył te cechy. Fakt, że w każdym klubie Łukasz pełnił funkcję kapitana jest tego najlepszym przykładem.
Najwięcej Łukasz zawdzięcza jednak samemu sobie. Wiedza o tym, kiedy organizm potrzebuje odpoczynku, a kiedy treningu jest w jego przypadku fascynująca. To jest fundament dla umiejętnego podtrzymywania regularnej dyspozycji. Jak długo jeszcze Łukasz to wytrzyma? Oby jak najdłużej. Poprzeczka zawieszona jest jednak najwyżej. Bo teraz musi się ścigać sam z sobą.
Łukasz grał – oprócz Wisły – w Ruchu, Legii i Lechii. Ale z perspektywy czasy myślę, że to Ruch był mu chyba z góry pisany. Podczas jednego z turniejów trampkarzy w Chorzowie Łukasz został wybrany najlepszym zawodnikiem. Nagrodę wręczał mu sam Gerard Cieślik. Kompletnie zachwycony wówczas występami Łukasza powiedział do młodego wówczas chłopaka, a w zasadzie jeszcze chłopca, że ten pasowałby do rodziny Niebieskich. I tak się stało. Łukasz odchodząc z Wisły, przeszedł właśnie do Ruchu. To Chorzów był dla niego trampoliną do wielkiej piłki, to do Chorzowa wrócił by zagrać 500.mecz w polskiej ekstraklasie.
Historii z Łukaszem związanych jest całe mnóstwo, ale co stoi za jego sukcesem? Na pewno geny. Tata Fryderyk nie miał tak bogatej kariery jak Łukasz, ale miał jedno, co z pewnością przelał na syna- końskie zdrowie. Ojciec należał do piłkarzy (grał w Cracovii), którzy - jak to się mówi - mógł zagonić psa. Zresztą Mama Taty ma dziś ponad 100 lat, więc jeszcze raz - geny. Druga rzecz to szybkość logicznego myślenia i umiejętność strategicznego patrzenia na futbol. To zasługa mojej Mamy, która była świetnym nauczycielem i pedagogiem. To dzięki niej nabył te cechy. Fakt, że w każdym klubie Łukasz pełnił funkcję kapitana jest tego najlepszym przykładem.
Najwięcej Łukasz zawdzięcza jednak samemu sobie. Wiedza o tym, kiedy organizm potrzebuje odpoczynku, a kiedy treningu jest w jego przypadku fascynująca. To jest fundament dla umiejętnego podtrzymywania regularnej dyspozycji. Jak długo jeszcze Łukasz to wytrzyma? Oby jak najdłużej. Poprzeczka zawieszona jest jednak najwyżej. Bo teraz musi się ścigać sam z sobą.
Filip Surma
filipsurma@hotmail.com
dziennikarz NC+
trener z licencją UEFA A
Polecane
Ekstraklasa