Spowiedź piłkarza, który kierował się sercem, nie rozumem...

25.05.2012
Jest ekonomistą, lecz nie pieniądze kierowały jego karierą piłkarską. - Odchodzę z Ruchu ze świadomością, że więcej temu klubowi dać nie mogłem. Zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy - mówi Wojciech Grzyb.

O braku mistrzostwa...

Mam ogromny niedosyt z tego powodu. Cieszyliśmy się z drugiej lokaty, ale potem dotarło do mnie, że mogło być jeszcze lepiej. To byłoby to! Odejść będąc na samym szczycie...

O ostatnim meczu w ekstraklasie...

Cud, że wszedłem na boisko, bo sędzia doliczył do gry tylko dwie minuty, a ja wciąż stałem przy linii bocznej. Sędzia techniczny powiedział mi wtedy: „wie pan, jestem pana wielkim sympatykiem. Powiem arbitrowi głównemu, żeby przeciągnął trochę ten mecz”. I tak się stało! Nie znam nazwiska tego pana, ale jestem mu winien piwko. Pojawiłem się zatem na boisku, jednak nie kopnąłem nawet piłki. Miałem żal do całego świata. Nikogo konkretnego. Wiedziałem, że powinienem schować swoje prywatne ambicje do kieszeni, bo gra toczyła się o mistrzostwo Polski, więc trener nie musiał pamiętać, że to prawdopodobnie mój ostatni mecz. Swoją drogą to też chyba ostatnie spotkanie Ruchu przy Cichej.

O ewentualnym benefisie....

Jeśli będzie okazja, aby zorganizować mecz przy okazji jakiego innego wydarzenia, to czemu nie? Można zaaranżować spotkanie Ruch kontra Przyjaciele Grzyba. Nie mam parcia na to, by zorganizować benefis sam w sobie. Byłem ostatnio w Częstochowie, gdzie taki mecz zorganizowano Jankowi Wosiowi. Choć organizatorzy bardzo się starali, to ludzi przyszło niewiele.

O debiucie w ekstraklasie...

Piękne chwile. Byłem zawodnikiem Ruchu Radzionków, wchodziłem do szatni, a tam Ecik Janoszka. Gość przy którym śmiałem się cały czas. Nasz Ecik jest jednak inny. Marian był niepowtarzalny. Pierwszy mecz w ekstraklasie spędziłem w całości na ławce rezerwowych. To była pamiętna wygrana z Widzewem. Zadebiutowałem przy Bukowej. 08.08.1998 rok, data której nie zapomnę do końca życia. Pamiętam, że „Sport” poświęcił mi miłe zdanie. Od tego momentu zbieram różne wycinki prasowe. Muszę je w końcu zeskanować, by nie przepadły.

O kolekcji koszulek...

Mam każdy trykot, w którym grałem w barwach Ruchu, choć wiele koszulek rozdałem. U nas nie jest tak, jak na Zachodzie, gdzie piłkarze co mecz mogą się nimi wymieniać. Koszulek w Ruchu zawsze było niewiele. Dlatego cieszę się ze swojej kolekcji. Kiedy pożyczyłem je na wystawę w muzeum, zaznaczyłem, że one muszą wrócić do mnie. Najciekawsza historia tyczy się jednak t-shirtu, który miałem na sobie jeszcze grając w barwach Odry Wodzisław. Przyjeżdżając do Chorzowa założyłem koszulkę z napisem „moje życie jest niebieskie”. Chciałem ją pokazać przyjacielowi, który zasiadł na trybunach. Po czasie okazało się, że widziało ją wielu kibiców i powstał specjalny wątek na forum internetowym. Powiedział mi o tym Bogdan Kalus. „Chopie, chca twoja koszulka. Jesteś gościem, z którym się identyfikuja” – powiedział Bogdan. Nie przeszkadzało mu, że to koszulka Odry. Od tego momentu zacząłem myśleć o tym, że pora wrócić do Chorzowa. Swoją drogą w jednym z wywiadów powiedziałem, że jestem kibicem Ruchu. Prezes Odry miał wtedy do mnie pretensje, kazał, bym przeprosił i wytłumaczył się. Gdy to zrobiłem, afera była jeszcze większa, bo nie miałem zamiaru przepraszać za przywiązanie do Ruchu...

O chwilach zwątpienia...

Pierwszy miałem w trakcie obozu w Grecji. To było krótko po moim powrocie do Ruchu. Obserwowałem jeden ze sparingów, bo nie czułem się na siłach, by grać. Pomyślałem wtedy, że nie jest dobrze, że trafiłem do słabego zespołu. Drugi moment – w trakcie jazdy na mecz do Polkowic dowiedzieliśmy się, że odebrano nam sześć punktów i spadliśmy na ostatnie miejsce w ówczesnej II lidze. Trzeci – kończył mi się kontrakt z Ruchem, nie było propozycji jego przedłużenia, a zadzwonił Jan Urban, wtedy trener Legii Warszawa. „Nie patrzymy ci w metrykę. Przyjdź do nas” – powiedział. To były dwa tygodnie najintensywniejszego myślenia w moim życiu. Sposób, w jaki potraktował mnie jeden z działaczy Ruchu, zniechęcił mnie mocno do przedłużenia umowy w Chorzowie. Ustaliłem już wiele szczegółów z Legią. Na szczęście wyjechał wtedy pan Mariusz Walter. A jego zgoda potrzebna była, aby sfinalizować rozmowy. W tym czasie pałeczkę w negocjacjach ze mną przejął w Ruchu pan Darek Smagorowicz. To jego zasługa, że zostałem. Dyrektor Ziętek nie dowiedział, że podjąłem taką, a nie inną decyzję. Podkreśliłem, że NA SZCZĘŚCIE zostałem, bo Ruch szybko okazał się być lepszy od Legii. Pieniądze to nie wszystko...

O zarobionych pieniądzach...

Nie udało mi się odłożyć na spokojną starość. Muszę działać dalej. Grałem w takich, a nie innych klubach, ale nie uważam tego za nieszczęście. Przeciwnie! Cieszę się, że mogłem zarabiać grając w piłkę. To przywilej! Uważam zresztą, że niebotyczne kwoty oferowane w niektórych klubach psują piłkę. Ja zarabiałem tyle, na ile zasługiwałem.

O trenerach...

Od każdego starałem się coś wyciągnąć. Nauczyłem się, jakim szkoleniowcem należy być, a zarazem jakim być nie można. A przede wszystkim jakim człowiekiem być się nie powinno. 

O kapitańskiej opasce...

Nosiłem ją przez trzy lata. Była największym zaszczytem w mojej karierze. Była powodem do dumy. Ale wiązała się z nią również odpowiedzialność, a także pewne obowiązki. Trzeba było odczytać pewien dramatyczny apel. Nie zadziałał on tak, jak chcieliśmy. Nie miałem jednak wtedy wątpliwości, że robię słusznie. Pomyślałem, że działacze co najwyżej mogą mi odebrać opaskę. Skończyło się na tym, że sam z niej zrezygnowałem kilka miesięcy temu. Powód? Nie chciałbym o tym mówić...

O problemach ze snem...

Coś w tym jest, że przyjście na świat małego dziecka wpływa na formę sportowca. Aczkolwiek mnie się rok temu udało uciec na zgrupowania w tym najgorszym okresie, kiedy Amelka przyszła na świat. Wiosnę miałem zresztą dobrą, sam sobie się dziwiłem, bo trudno było się wyspać w stu procentach. Córka jest dzieckiem... skrzydłowych (Kinga Polenz na tej pozycji występuje jako piłkarka ręczna – przyp. red). Jest nieokiełznana, „gubi krycie” (śmiech). Odbiło się to na mojej formie jesienią. Co tu dużo mówić, nie było dobrze. Ostatni sezon był dla mnie najmniej udany, odkąd wróciłem do Ruchu. Nie asystowałem, nie strzeliłem bramki. A przecież wcześniej dosyć regularnie trafiałem do siatki, co nawet mnie dziwiło. Pamiętam, że kiedy wracałem do Ruchu, powiedziałem Krzysiowi Bizackiemu, że „przychodzę strzelam bramki”, co było żartem, bo nigdy za snajpera nie uchodziłem. Żarty żartami, a okazało się, że te słowa były w pewien sposób prorocze.

O pomyśle napisania biografii...

Mam wiele informacji, które zapisuję w różnych miejscach. Jeśli je zbiorę, ocenię, czy warto napisać książkę. Ostatnio czytałem biografię Andrzeja Iwana i stwierdziłem, że moja byłaby w porównaniu jak bajka dla dzieci. A przecież teraz dobrze sprzedaje się sensacja. Wolałbym, aby moja książka miała przesłanie, kierowane w stronę młodych ludzi. Przecież ja nie sądziłem, że kiedyś zagram w ekstraklasie. W moim roczniku w juniorach było kilkunastu lepszych chłopaków. Niedawno się z nimi spotkałem i oni też się dziwili...

Wysłuchał Krzysztof Kubicki.
autor: Krzysztof Kubicki

Przeczytaj również