Ruch - Lechia 1-0. Niebieski sen nabiera realnych kształtów
16.10.2009
Droga do piątego zwycięstwa przy Cichej wcale nie była usłana różami. Lechia z dobrej strony pokazała się niedawno w Bytomiu, równie pozytywnie zaczęła w Chorzowie. - Gdańszczanie prowadzili grę. My staraliśmy się ją kreować, ale było zdecydowanie zbyt wiele niedokładności - przyznał Wojciech Grzyb. Jego koledzy mieli spore problemy z zachowaniem równowagi na śliskiej murawie. Długo w tych warunkach lepiej radzili sobie goście, tak jakby założyli obuwie z dłuższymi wkrętami. Spokojnie, płynnie wymieniali podania na jeden kontakt. Nie brakowało efektownych zagrań piętami. Największe zagrożenie stwarzał jednak... Ariel Jakubowski. Prawy obrońca borykał się z kontuzją, która szybko przypomniała o sobie, co mogło skończyć się tragicznie. Napastnicy Lechii nie zdołali jednak wykorzystać jego strat.
- Mieliśmy swoje sytuacje. Nagle coś "pękło" w okolicach 40 minuty - trafnie zauważył Łukasz Surma, ciepło przyjęty przez chorzowską publiczność. Pomocnik ten na "szerokie wody" wypłynął właśnie na Cichej. Za brawa zrewanżował się oklaskami w stronę trybuny głównej. - Życzę Ruchowi jak najlepiej. Zawsze wracam tutaj z sentymentem - podkreślał, lecz szczęśliwej miny po końcowym gwizdku nie miał, bo zadecydował okres, o którym wspomniał. - Końcówka pierwszej odsłony wpłynęła na przebieg całej drugiej - zauważył Grzyb, który najpierw wyłożył piłkę Sobiechowi. 19-latek rzucił się szczupakiem, lecz chybił z pięciu metrów. Po chwili niemal kopia, a Niedzielan już nie zawiódł. Kilka minut wcześniej Kapsa uratował Lechię, kiedy Janoszka uporał się z jednym z obrońców.
Ruch zaczerpnął w przerwie oddech i wyszedł naładowany chęcią zdobycia drugiego gola. - Oglądaliśmy mecz Polonii z Lechią. Bytomianie pozwolili jej operować piłką, a gdańszczanie lubią tzw. "małą grę". My nie chcieliśmy na to pozwolić. Dlatego agresywnie wyszliśmy wysokim pressingiem - opisywał Wojciech Grzyb metodę na pokonanie zespołu Tomasza Kafarskiego. I rzeczywiście. Jedynie Piotr Wiśniewski miał okazje, które mogły się zakończyć golem. - Poza nimi brakowało jednak klarownych sytuacji - przyznał Paweł Buzała, napastnik przyjezdnych.
Znacznie więcej działo się pod drugą bramką. Nie sposób zliczyć akcje, po których mogła paść kolejna bramka. Brakowało na ogół ostatniego podania, bo niemal wszystko zostało wykonane wcześniej koncertowo. - Mogliśmy strzelić trzy-cztery gole. Niestety, nie zawsze jest niedziela - skwitował Niedzielan. Dodajmy, że solidnie grała defensywa, pracowici byli pomocnicy. Kiedy Pilarz otrzymał zbyt lekkie podanie, to z zimną krwią minął zwodem atakującego Lukjanovsa.
"Niebiescy" nie mają słabych punktów, dlatego zdobyli w tym sezonie już 22 punkty!
Konferencja prasowa
Tomasz Kafarski (trener Lechii): Witając się dzisiaj z Waldkiem uzgodniliśmy, że wygra lepszy. I tak się stało. Moja drużyna do pewnego momentu grała fajnie i miała receptę na wszystko. Strata bramki nas wybiła z rytmu. W drugiej połowie nie mieliśmy już tylu sytuacji i nie wyglądało to tak, jak należy. Wypada mi potwierdzić, że te zwycięstwa i miejsce Ruchu nie są przypadkowe.
Waldemar Fornalik (trener Ruchu): Faktycznie na początku meczu, gdzieś do 35. minuty, ciężko nam się grało. Przeczekaliśmy ten pierwszy okres i końcówka pierwszej połowy już była dla nas lepsza, bo strzeliliśmy bramkę i mieliśmy jeszcze inne sytuacje. W drugiej Lechia atakowała, a my kontratakowaliśmy. Mieliśmy sytuacje. Gdyby wcześniej padła druga bramka, to nie siedzielibyśmy tak nerwowo do końca spotkania.
- Mieliśmy swoje sytuacje. Nagle coś "pękło" w okolicach 40 minuty - trafnie zauważył Łukasz Surma, ciepło przyjęty przez chorzowską publiczność. Pomocnik ten na "szerokie wody" wypłynął właśnie na Cichej. Za brawa zrewanżował się oklaskami w stronę trybuny głównej. - Życzę Ruchowi jak najlepiej. Zawsze wracam tutaj z sentymentem - podkreślał, lecz szczęśliwej miny po końcowym gwizdku nie miał, bo zadecydował okres, o którym wspomniał. - Końcówka pierwszej odsłony wpłynęła na przebieg całej drugiej - zauważył Grzyb, który najpierw wyłożył piłkę Sobiechowi. 19-latek rzucił się szczupakiem, lecz chybił z pięciu metrów. Po chwili niemal kopia, a Niedzielan już nie zawiódł. Kilka minut wcześniej Kapsa uratował Lechię, kiedy Janoszka uporał się z jednym z obrońców.
Ruch zaczerpnął w przerwie oddech i wyszedł naładowany chęcią zdobycia drugiego gola. - Oglądaliśmy mecz Polonii z Lechią. Bytomianie pozwolili jej operować piłką, a gdańszczanie lubią tzw. "małą grę". My nie chcieliśmy na to pozwolić. Dlatego agresywnie wyszliśmy wysokim pressingiem - opisywał Wojciech Grzyb metodę na pokonanie zespołu Tomasza Kafarskiego. I rzeczywiście. Jedynie Piotr Wiśniewski miał okazje, które mogły się zakończyć golem. - Poza nimi brakowało jednak klarownych sytuacji - przyznał Paweł Buzała, napastnik przyjezdnych.
Znacznie więcej działo się pod drugą bramką. Nie sposób zliczyć akcje, po których mogła paść kolejna bramka. Brakowało na ogół ostatniego podania, bo niemal wszystko zostało wykonane wcześniej koncertowo. - Mogliśmy strzelić trzy-cztery gole. Niestety, nie zawsze jest niedziela - skwitował Niedzielan. Dodajmy, że solidnie grała defensywa, pracowici byli pomocnicy. Kiedy Pilarz otrzymał zbyt lekkie podanie, to z zimną krwią minął zwodem atakującego Lukjanovsa.
"Niebiescy" nie mają słabych punktów, dlatego zdobyli w tym sezonie już 22 punkty!
Konferencja prasowa
Tomasz Kafarski (trener Lechii): Witając się dzisiaj z Waldkiem uzgodniliśmy, że wygra lepszy. I tak się stało. Moja drużyna do pewnego momentu grała fajnie i miała receptę na wszystko. Strata bramki nas wybiła z rytmu. W drugiej połowie nie mieliśmy już tylu sytuacji i nie wyglądało to tak, jak należy. Wypada mi potwierdzić, że te zwycięstwa i miejsce Ruchu nie są przypadkowe.
Waldemar Fornalik (trener Ruchu): Faktycznie na początku meczu, gdzieś do 35. minuty, ciężko nam się grało. Przeczekaliśmy ten pierwszy okres i końcówka pierwszej połowy już była dla nas lepsza, bo strzeliliśmy bramkę i mieliśmy jeszcze inne sytuacje. W drugiej Lechia atakowała, a my kontratakowaliśmy. Mieliśmy sytuacje. Gdyby wcześniej padła druga bramka, to nie siedzielibyśmy tak nerwowo do końca spotkania.
Polecane
Ekstraklasa