Rowerem nad Bałtyk. Częstochowa nie taka gościnna. Za to Syryjczyk...

09.12.2010
Gdy początkiem lipca wszyscy narzekaliśmy na ponadprzeciętne upały, a samo oddychanie było olbrzymim wysiłkiem, Anna Kupczak pokonywała blisko pół tysiąca kilometrów. W cztery dni.
Tyle bowiem wynosił pierwszy etap samotnej podróży nad morze, której podjęła się 20-latka z Lipowej. Pierwszy dzień miał się kończyć dotarciem do Wojkowic na Śląsku, gdzie na podróżniczkę czekała rodzina. Skończył się jednak przede wszystkim ulewą i... 2-godzinnym błądzeniem po drogach aglomeracji. - Na Śląsku jechałam głównymi drogami, bo tylko te znałam, nie ufałam bocznym. Najgorszym etapem była trasa do Częstochowy. Kierowcy zdawali się w ogóle mnie nie zauważać. Na wspomnienie sytuacji, w której kilkanaście centymetrów ode mnie przejechał tir, do dziś mam ciarki. Myślałam, że po prostu wciągnie mnie do środka - wspomina z niechęcią rowerzystka.

Sama Częstochowa to wspomnienia też nie najmilsze. - Chciałam się zatrzymać w domu pielgrzyma, ale okazało się, że... to tylko chwytliwa nazwa. Tak naprawdę to ośrodek wypoczynkowy o wygórowanych cenach - mówi. Co gorsze jednak, podróżniczce dało się we znaki... siodełko. Dopiero po znalezieniu preparatów ziołowych na obtarcia, udało się kontynuować jazdę.

Przeczytaj pierwszą część historii Anny Kupczak.

Dalsza część była nareszcie odwróceniem niezbyt korzystnej początkowej karty. Kupczak wreszcie zaczęła się spotykać z ludzką życzliwością i to taką, o której nawet ludzi nie posądzała.- Często musiałam pytać ludzi o drogę. Nigdy nie zapomnę ich spojrzenia pełnego podziwu. Dyrektor muzeum historii miasta w Zduńskiej Woli zapewnił mnie, że kiedy tylko będę w tym mieście, mogę zwiedzać placówkę nawet poza godzinami otwarcia.

 Wszystko przebiło jednak miasto Turek. Długo nie mogłam tam znaleźć noclegu, więc pewna starsza pani... przenocowała mnie pod własnym dachem - wspomina. W Turku serdeczny był też pewien... Syryjczyk, który słysząc, jak brzmi plan podróży Anny Kupczak, zdecydował się zasponsorować jej obiad. W mediach zalecano, by nie wychodzić z domu i unikać przemęczania się. Tymczasem rowerzystka z Lipowej pokonała aż 450 kilometrów i większą część trasy nad morze miała już za sobą...

O tym jak przebiegała dalsza część jej wyprawy, a także o dalszych losach odważnej dziewczyny, opowiemy w kolejnych odcinkach.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również