Pobity kibic opuścił szpital
Napaść na zmierzających do Bielska-Białej na mecz swojej drużyny kibiców Wisły Płock nie można nazwać inaczej, jak tylko bandytyzmem. Jest jeszcze jednak inny aspekt całej sprawy - gdzie była wtedy policja? Przypomnijmy, fani płockiego klubu podróżowali na Podbeskidzie dwoma autokarami. W okolicach Pszczyny pojazdy zostały zatrzymane przez grupę chuliganów. Doszło do bijatyki, która dla niepełnoletniego jeszcze sympatyka Wisły zakończyła się znacznymi obrażeniami z utratą przytomności włącznie. Owszem, płockim fanom towarzyszyli funkcjonariusze policji, ale - zdaniem płocczan - tylko do Częstochowy.
- W momencie, gdy autobusy z kibicami przekroczyły granicę Bielska-Białej, mogli oni liczyć z naszej strony na eskortę - zapewnia nadkomisarz Paweł Kuźmiński z Sekcji Prewencji Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej. - Na naszym terenie nie doszło do żadnego rodzaju zajść, stąd mogę powiedzieć, że wywiązaliśmy się ze swoich obowiązków. Słyszałem natomiast, że coś wydarzyło się jeszcze zanim pojazdy wjechały do naszego miasta. W tej sprawie proszę jednak kontaktować się z policją w Pszczynie - usłyszeliśmy od funkcjonariusza bielskiej policji. Kuźminski dodaje, iż nie było jakichkolwiek sygnałów świadczących o możliwości tego typu zdarzeń. - Spotkanie Podbeskidzia z Wisłą nie było zakwalifikowane jako mecz podwyższonego ryzyka - dodaje.
Skoro goście z Płocka mogli liczyć na "obstawę" w Bielsku-Białej, to dlaczego nie dostali jej już wcześniej? - Prawdopodobnie patrol nadzorował przejazd tej grupy z Płocka, ale akurat w tym momencie został wezwany do jakiegoś zdarzenia - zastanawia się rzecznik prasowy Komendy Powiatowej w Pszczynie, Marek Cader. - Kluczowe w tej sprawie są zeznania poturbowanego chłopaka. Problem w tym, że wczoraj został na życzenie swojej rodziny wypisany ze szpitala w Pszczynie i wrócił do Płocka. Skontaktujemy się z tamtejszą policją, by za ich pośrednictwem uzyskać wyjaśnienia od tego młodego człowieka. Nie rozumiem, dlaczego - skoro został pobity - nie złożył zawiadomienia o całym zajściu. W tej sytuacji mamy niejako związane ręce - informuje Cader.