Pilarz stracił na urodziny pierwsze gole, a i tak był szczęśliwy!

10.11.2009
Jagiellonia naruszyła chorzowską twierdzę, lecz zdobyć jej nie zdołała. Goście z Białegostoku byli pierwszą drużyną, która zdołała strzelić Ruchowi przy Cichej bramkę. A nawet dwie. Nic to nie dało.
- Możemy co mecz tracić dwa gole, jeśli będziemy strzelali pięć - uśmiechnął się Wojciech Grzyb, który wraz z partnerami z zespołu po końcowym gwizdku podrzucał w powietrze Krzysztofa Pilarza. Bramkarz Ruchu w poniedziałek obchodził 29. urodziny. Dotąd w Chorzowie uchodził za niepokonanego. - Szkoda, że moja passa skończyła się akurat w momencie, kiedy kibice śpiewali mi "sto lat". Najważniejsze jednak, że udało się strzelić tyle goli, dzięki czemu końcówka była spokojna - podkreślił "Pilu".

- Ktoś nawet powiedział Krzysiowi mądre słowa, że skoro już wyciągnął piłkę z siatki przy Cichej, to teraz nie będzie na nim drzemała taka presja - zauważył Grzyb.

Ruch jest u siebie piekielnie mocny. Przypomina boksera, który po otrzymaniu mocniejszego ciosu, nabiera jeszcze większej koncentracji i wyprowadza nokautujące uderzenia. - I to się czuje, bo kiedy "Jaga" zdobywała bramki, my wiedzieliśmy, że nic strasznego się nie stało. Było tak przy 1-1, jak i po kontaktowym 3-2. Za każdym razem zdołaliśmy się podnieść. Nasz ogromny wysiłek został nagrodzony - cieszył się "Grzybek", jednocześnie doceniając grę przeciwnika. - Jagiellonii należy się szacunek, bo nie "murowała", chciała grać w piłkę. Z tak rozpędzonym Ruchem mało kto miałby jednak szansę walczyć - dodał.

- I trochę żal mi Grzesia Sandomierskiego - dodał Pilarz patrząc na bilans kolegi po fachu.
autor: Krzysztof Kubicki

Przeczytaj również