Paweł Abbott: Pierwszy raz spotkałem się z taką fetą
23.10.2011
Nie było taryfy ulgowej. Jeszcze o północy z piątku na sobotę fetowaliście z kibicami zwycięstwo z Górnikiem, a następnego dnia o godzinie 10:00 mieliście trening...
- Chyba trener specjalnie zarządził zajęcia w sobotę przed południem, aby po tej nocnej fecie wszyscy grzecznie rozjechali się do swoich domów (śmiech). Teraz trzeba pracować!
Byłeś zaskoczony tym, jaką fetę zgotowali wam kibice przy Cichej?
- Pierwszy raz spotkałem się z taką fetą przed stadionem. Po wygranym meczu przyjechaliśmy rozradowani, a tu jeszcze taka niespodzianka. Można było poskakać i pocieszyć się z kibicami. Siedząc w szatni z chłopaki, już po tej fecie, kiedy emocje opadały, ktoś powiedział, że "to są chwile, dla których się trenowało tyle lat". Piękna sprawa. Piłka nożna ma coś w sobie, skoro kocha ją tyle ludzi...
Kibice Górnika za wami nie przepadają. Ich okrzyki peszyły czy motywowały?
- Zazwyczaj nie słyszę lub nie zwracam uwagi na to. Akurat w piątek w czasie rozgrzewki docierało do uszu gadanie kibiców gospodarzy. Ale niech sobie gadali... Najważniejsze, że wynik ich uciszył.
Jak wytłumaczyć to, że ten mecz miał dwie zupełnie różne odsłony?
- Kondycyjnie byliśmy po prostu znacznie lepsi. Zresztą sądzę, że było to widoczne, bo w końcówce łatwo dochodziliśmy do okazji. Górnik powinien być zadowolony, że skończyło się 1-2. Mogliśmy przecież strzelić kolejne 2-3 bramki.
No właśnie. Kiedy marnowaliście kolejne okazje, nie pomyślałeś, że to może się zemścić?
- Na szczęście tym razem to porzekadło się nie sprawdziło. Nie, nie myślałem tak, bo na boisku raczej człowiek mobilizuje siebie samego, by wypracować sobie kolejną szansę. Wiedziałem, że jesteśmy lepsi.
Nie boisz się, że po tym meczu wkradnie się do waszej szatni rozprężenie?
- Nie, bo trener już zdążył nam zwrócić uwagę, że zwycięstwo z Górnikiem jest za nami. To przeszłość! Sezon tymczasem nadal trwa. Trzeba patrzeć teraz do przodu. Jeszcze jest wiele spotkań, które możemy wygrać w tej rundzie.
- Chyba trener specjalnie zarządził zajęcia w sobotę przed południem, aby po tej nocnej fecie wszyscy grzecznie rozjechali się do swoich domów (śmiech). Teraz trzeba pracować!
Byłeś zaskoczony tym, jaką fetę zgotowali wam kibice przy Cichej?
- Pierwszy raz spotkałem się z taką fetą przed stadionem. Po wygranym meczu przyjechaliśmy rozradowani, a tu jeszcze taka niespodzianka. Można było poskakać i pocieszyć się z kibicami. Siedząc w szatni z chłopaki, już po tej fecie, kiedy emocje opadały, ktoś powiedział, że "to są chwile, dla których się trenowało tyle lat". Piękna sprawa. Piłka nożna ma coś w sobie, skoro kocha ją tyle ludzi...
Kibice Górnika za wami nie przepadają. Ich okrzyki peszyły czy motywowały?
- Zazwyczaj nie słyszę lub nie zwracam uwagi na to. Akurat w piątek w czasie rozgrzewki docierało do uszu gadanie kibiców gospodarzy. Ale niech sobie gadali... Najważniejsze, że wynik ich uciszył.
Jak wytłumaczyć to, że ten mecz miał dwie zupełnie różne odsłony?
- Kondycyjnie byliśmy po prostu znacznie lepsi. Zresztą sądzę, że było to widoczne, bo w końcówce łatwo dochodziliśmy do okazji. Górnik powinien być zadowolony, że skończyło się 1-2. Mogliśmy przecież strzelić kolejne 2-3 bramki.
No właśnie. Kiedy marnowaliście kolejne okazje, nie pomyślałeś, że to może się zemścić?
- Na szczęście tym razem to porzekadło się nie sprawdziło. Nie, nie myślałem tak, bo na boisku raczej człowiek mobilizuje siebie samego, by wypracować sobie kolejną szansę. Wiedziałem, że jesteśmy lepsi.
Nie boisz się, że po tym meczu wkradnie się do waszej szatni rozprężenie?
- Nie, bo trener już zdążył nam zwrócić uwagę, że zwycięstwo z Górnikiem jest za nami. To przeszłość! Sezon tymczasem nadal trwa. Trzeba patrzeć teraz do przodu. Jeszcze jest wiele spotkań, które możemy wygrać w tej rundzie.
Polecane
Ekstraklasa