Nowy prezes Piasta: Samymi ultrasami stadionu nie zapełnimy
Spodziewał się pan nominacji na stanowisko prezesa?
- To była swego rodzaju nieuchronność... jeśli weźmiemy pod uwagę rozwój klubu.
Pytam dlatego, że media doskonale wiedziały, że właśnie tak potoczą się sprawy w Piaście. Przewidziały tę zmianę.
- Zmiana była naturalna. Zakończyła się trzyletnia kadencja rady nadzorczej. Właściciel ocenił jej działalność, a następnie zmniejszył jej liczebność z pięciu do trzech osób. Z kolei wcześniej mówiono o planach zmian w strukturze zarządu, czyli zmniejszenia go do jednej osoby. Następnie dokonano wyboru prezesa. Nie sięgano po nikogo z zewnątrz, wskazano na mnie. Ja jestem osobą dość znaną w Gliwicach i po prostu wybrano mnie.
Zmiany w liczebności rady nadzorczej i zarządu... czy to nie przygotowywanie klubu do przejęcia go przez prywatnego inwestora?
- Na dziś jedynymi podmiotami, które są w stanie wspierać sport, taki jak piłka nożna na szczeblu profesjonalnym, są miasta. Kluby mają problem z tym, aby "domknąć się" finansowo, jeśli nie pomagają im magistraty. Oczywiście, możemy mówić o wyjątkach, takich jak Wisła Kraków, Legia Warszawa, Lech Poznań, gdzie są bogaci sponsorzy, ale w większości przypadków w kluby inwestują miasta. W Gliwicach jest podobnie. Od kilku lat odpowiedzialność za Piasta ponosi miasto. Na pewno jednak nie można sobie wyobrażać, aby klub - na dłuższą metę - funkcjonował dzięki tak dużej przewadze kapitału miejskiego. Miasto powinno zawsze być w klubie, ale nie reprezentowane w tak dużym stopniu. Muszą się znaleźć odpowiedzialni współwłaściciele, którzy w sposób odpowiedzialny, wezmą na siebie sposób prowadzenia klubu. Miasto nie jest najlepszym właścicielem żadnej instytucji, gdyż z natury rzeczy jest powolniejsze i mniej otwarte na zmiany, nowości... a także na ryzyko. Miasto nie może spekulować. A przy klubie zawsze funkcjonują tabuny menedżerów, którzy wciąż proponują swoich zawodników. Mówią: "mamy drugiego Arka Milika, ale musicie dać dwadzieścia, albo pięćdziesiąt, sto, dwieście tysięcy". Miasto nie powinno w takiej sytuacji spekulować i kupować danego zawodnika. Takie ryzyko byłoby bowiem źle odebrane przez mieszkańców. Kapitał klubu musi więc pochodzić w dużej części ze źródeł prywatnych. Dzisiaj nie mamy jeszcze osób, które będą gotowe włożyć własne środki w funkcjonowanie klubu i w dużym stopniu zaangażować się w funkcjonowanie klubu. Oczywiście, mamy pana Zbigniewa Kałużę z firmy Kar-Tel, który został niedawno współwłaścicielem klubu i zadeklarował, że chce pomóc Piastowi się rozwijać...
No właśnie, a czy w najbliższej przyszłości nie ma planów, aby to właśnie pan Kałuża stał się osobą, o której pan mówi i w dużo większym stopniu wspierał klub?
- Nie jestem rzecznikiem pana Kałuży i nie mogę się za niego wypowiadać. Mówię w imieniu własnym oraz klubu. Ale jeszcze raz podkreślam, że klub musi mieć prywatnego inwestora, aby mógł wyżej stawiać sobie poprzeczkę, a nie być jedynie zespołem środka czy dołu tabeli. Oczywiście, miasto wielokrotnie ratowało Piasta wspomagając klub pieniędzmi... co zresztą dzieje się nadal, ale z drugiej strony chyba też trudno, aby tak nie było. Przecież gdyby spytać przykładowego mieszkańca innego miasta niż Gliwice, z czym kojarzy mu się to miasto, natychmiast odpowie: z Piastem. Dziś mówi się przede wszystkim o naszym klubie, a nie strefie ekonomicznej Gliwic. Włożyliśmy sporo pracy, aby wykreować markę Piasta. Myślę, że Piast bardziej kojarzy się z Gliwicami niż na przykład Podbeskidzie z Bielskiem. Myślę, że to uatrakcyjnia mieszkańcom Gliwic życie w tym mieście.
Dobrze, zostawmy ten temat. Wróćmy jednak do pana osoby, która często uchodzi za kontrowersyjną...
- Smuci mnie, gdy słyszę takie słowa. Uważam się za osobę konkretną i jest mi przykro, że jestem znany na przykład z tego, że powiedziałem sędziom, aby uczciwie i bezstronnie poprowadzili mecz. Jeśli w naszym środowisku określane jest to mianem kontrowersyjnego zachowania, to płakać mi się chcę. Jeżeli powiedzenie do kogoś, żeby dobrze postępował, jest złe... to mam łzy w oczach. To nie w porządku. Co złego w tym, że ja powiem do kogoś, aby uczciwie pracował? Przecież ja nie sugerowałem, że sędziowie nas oszukują, po prostu chciałem uniknąć kontrowersji. Zresztą, jeśli ich jest aż tyle w każdym meczu, to ja jestem zwolennikiem wprowadzenia do piłki powtórek. Ja po prostu chcę, aby ten stadion był pełen ludzi, którzy wychodząc z niego po meczu mieli przeświadczenie, że nie zostali oszukani. Musi być zadowolony, bo drugi raz nie przyjdzie. Powie: "mam to w nosie, przekręcają nas na punkty". Widowisko musi być uczciwe. Dziś są środki technologiczne, które pozwalają na bezsporne prowadzenie zawodów. Dlaczego ich nie wprowadzić? Umieszczenie czipa w piłce jest banalnie proste.
Ale to nie jest zarzut do kolegium sędziowskiego, że takich czipów nie ma. Z tego co się orientuję, taką decyzję musiałaby podjąć FIFA. Ale wróćmy do tych pretensji. Mówi pan, że nie sugerował, nazwijmy to "oszustw", ze strony sędziów. Ale pismo do wspomnianego kolegium zostało wysłane. Widniał pod nim pana podpis, prawda?
- Tak. I nie otrzymałem na nie odpowiedzi. Czy to jest w porządku?
Nie otrzymał pan odpowiedzi? Ale pan Zbigniew Przesmycki, przewodniczący Kolegium Sędziów PZPN, przecież komentował ten list. Z tego co pamiętam - miało to miejsce na łamach "Przeglądu Sportowego".
- Tak jak mówię - ja nie otrzymałem odpowiedzi na ten list. Pan Przesmycki skomentował sprawę na łamach gazety. To nie jest w porządku, że nie odniesiono się do tego pisma. Zresztą ja nie wyraziłem zgody na jego publikację. To nie był list otwarty. To było pismo urzędowe. Powinien na nie odpowiedzieć, a odniósł się do niego w sposób medialny. Ja dalej czekam na odpowiedź pana Przesmyckiego. Chętnie się z nim spotkam i porozmawiam. Przecież wszyscy mamy dobre intencje. Dlaczego więc mamy nie pracować nad tym, aby poprawić jakość sędziowania?
- Chciałbym jeszcze odnieść się do kwestii traktowania mojej osoby jako kontrowersyjnej, gdyż boli mnie to określenie. Chcę powiedzieć, że ja zawsze w moim życiu szedłem nieutartą ścieżką... Jeśli uważałem, że mam rację, to dążyłem do jego udowodnienia. Myślę, że dzięki temu wiele w życiu osiągnąłem.
Nie wierzę, że pan o tym nie wiedział. Szczególnie w nieoficjalnych mediach, związanych z Piastem, był pan kreowany na taką postać.
- Ja nie mam nic przeciwko wsadzaniu komuś szpilek czy krytyce, ale robienie ze mnie osoby kontrowersyjnej? Nie rozumiem jak proszenie kogoś o obiektywną ocenę może zostać uznane za kontrowersyjne...
Proszę pana, ja jestem zdania, że jeśli ktoś wykonuje swój zawód, to robi to jak najlepiej potrafi. Natomiast mówienie tej osobie, aby tym razem nie popełniła błędów, aby wykonała swoją pracę rzetelnie, może być źle odebrane.
- Opowiem panu pewną historię o sklepie, który mieścił się na osiedlu, na którym mieszkam. Prowadziła go starsza pani, którą ze względu na wiek nazywano "babcią". Gdy chodziłem do szkoły, to codziennie kupowałem u niej pieczywo. Za każdym razem, gdy pytałem się czy jest ono świeże, "babcia" niemal się na mnie obrażała. Ja więc je kupowałem, a następnie otrzymywałem ochrzan od rodziców, którzy krzyczeli na mnie, że bułki wcale nie są świeże. Teraz tego sklepu nie ma. Na jego miejscu jest salon fryzjerski. To mnie czegoś nauczyło. Dlatego czasami zadaje pytania lub proszę, aby ktoś się postarał i wykonał swoją pracę najlepiej jak potrafi. Gdy idę do fryzjera, to też mu mówię: "proszę mnie dobrze ostrzyc". I co w tym obraźliwego? W sądzie używa się nawet takiego utartego sformułowania: "proszę o uczciwy wyrok". Ja miałem to samo na myśli. Tylko tyle... albo aż tyle.
- Natomiast cieszę się, że do piłki wchodzą nowe osoby i spojrzenie na pewne kwestie się zmienia. My nie jesteśmy tylko zwykłym klubem piłkarskim, ale i firmą PR-owską. Poszerzamy swoje działania i chcemy produkować widowisko, generować emocje. Nie chcemy ich psuć zbyt często pojawiającymi się kontrowersjami... Ja przecież, broń Boże, nie rozmawiałem z sędziami. Powiedziałem tylko, w dobrej wierze, do delegata, aby zwrócił sędziom uwagę o obiektywne sędziowanie. Ja nie jestem prezesem "starego typu", który po meczu wpada do pokoju sędziowskiego i wyzywa arbitrów, lub odwrotnie - częstuje ich alkoholem. A wiem, że takie były obyczaje. Ja do pokoju sędziowskiego nawet nie zaglądam, choć okazało się, że kilku po prostu znam. Jednak to moi znajomi, którzy wykonują swoją pracę i w tej kwestii się nie kontaktujemy. Nie pozwoliłbym sobie na takie zachowanie.
Wspomniał pan o tym, że chce aby kibice byli zadowoleni po meczu... a tak naprawdę jakie ma pan relacje z fanami Piasta? Jakby je pan określił? Pytam w odniesieniu do, znanej wszystkim, historii z pomysłem gry Górnika Zabrze w Gliwicach i tortem, którym został pan obrzucony...
- Te relacje są poprawne. Kibice Piasta, których cenię, ostatnio nawet zmienili sobie stronę internetową. Wystosowali manifest o tym, że na łamach wspomnianego serwisu nie będą oceniali wyników sportowych Piasta, a sama strona ma propagować ruch kibicowski w Gliwicach. To bardzo ciekawe i szanuje ich punkt widzenia. Nie oceniam czy to jest dobre czy złe. Wcześniej pisali różne rzeczy. Zdarzały się ciekawe, a nawet bardzo... ale były też mniej interesujące. Teraz ich poglądy nieco się zmieniły. Nie w każdym klubie interesy kibiców są zbieżne z tymi, które reprezentuje zarząd. U nas nie mówimy różnymi głosami. Z mojej strony nie można usłyszeć złego słowa w kierunku kibiców, a i moje relacje z nimi, w ostatnim czasie, są pozytywne. Ja nie będę kibicom w niczym przeszkadzał. Ostatnio przygotowali bardzo ciekawą oprawę (w meczu przeciwko Polonii Warszawa - dop. red.), a ja sam im klaskałem. Bardzo mi się podobała, choć uderzała w system monitoringu na stadionie, ale wyrażała bardzo ważną opinię.
Mam przez to rozumieć, że zgadza się z postulatami, które kibice zaprezentowali tą oprawą?
- Podobała mi się oprawa i szanuję ich zdanie. Uważam jednak, że stadiony - aby mogły być pełne - muszą być bezpieczne. Muszą na nie przychodzić rodziny; dziadkowie, babcie, rodzice, a także - a może przede wszystkim - dzieci. Oni muszą mieć przeświadczenie, że nic im się nie stanie. Samymi ultrasami niestety nie zapełnimy obiektu. Musimy więc propagować ideę bezpiecznego stadionu. Ustawodawca przedstawił pewne wymogi odnośnie bezpieczeństwa. Miasto natomiast, budując obiekt, je spełniło. Ja nic do tego nie mam jak rozmieszczone są kamery na stadionie. Staram się po prostu, również i tym obiektem, dobrze zarządzać.
Mówiąc o postulatach kibiców miałem na myśli coś innego. Oni starają się mówić przede wszystkim o tym, że czują się prześladowani, że przychodzą na stadion i z byle powodu, jak na przykład stanięcie na schodach czy fakt, że usiedli nie na tym krzesełku, którego numer mieli na bilecie, wręcza im się zakazy stadionowe.
- Nic nie wiem o takich historiach.
Ale one się zdarzały. O to chodziło w tej oprawie.
- Tego nie wiem, ale jestem za tym, aby sektor ultrasów wyglądał nieco inaczej niż w tej chwili. Mam na myśli to, aby tam w ogóle nie było krzeseł. One są im przecież niepotrzebne, a nawet przeszkadzają w swobodnym kibicowaniu.
Ma pan na myśli takie rozwiązanie, które możemy zaobserwować na przykład na stadionach w Niemczech?
- Dokładnie tak.
Ale w Polsce prawo nie pozwala na takie rozwiązanie na stadionie.
- Nie pozwala. Ale 9 stycznia w parlamencie będzie spotkanie, zresztą już kolejne, i będziemy m.in. na ten temat rozmawiali. Uważam, że powinniśmy iść w kierunku niemieckiego rozwiązania. Jeśli kibic nie chce siedzieć i woli skakać i śpiewać, to powinno mu się to ułatwić. Jeśli ktoś chce w spokoju siedzieć i oglądać spotkanie - ma od tego inny sektor. Ja naprawdę jestem zwolennikiem takiego "pozytywnego rozrabiania" przez kibiców, to rodzi atmosferę meczu.
- Natomiast odnosząc się jeszcze do kwestii zakazów stadionowych to muszę przyznać, że klub nie dał ich zbyt wielu. Większość dała policja. Ja natomiast nie chcę oceniać działań stróżów prawa. Z policją bowiem też chce mieć dobre relacje, bo to przecież oni wydają opinie na temat toczących się przy Okrzei meczów.
Race na stadionie to również coś, za czym będzie pan postulował w Sejmie?
- Jeśli chodzi o race... to trochę się boję. Już tłumaczę czego - byłem kiedyś na imprezie sylwestrowej w Katowicach i widziałem wiele osób, które miały spalone włosy, popalone ubrania. Boję się, że race mogłyby spowodować zagrożenie życia lub zdrowia.
Nawet jeśli odpalane byłyby one przez osoby przeszkolone i w wyznaczonych do tego celu miejscach?
- Raz się komuś coś stanie i będziemy mieli kłopot. To coś przez co kibice mogą przestać przychodzić na mecze. Myślę, że na stadionie nie ma miejsca na race. Podobnie sprawa ma się z ładunkami hukowymi. Ludzie się po prostu ich boją.
Pytam o to, bo wspomniał pan, że cieszy się z faktu, że w polskiej piłce zaczynają funkcjonować ludzie, którzy mają nowe spojrzenie na pewne sprawy. Myślę, że taką osobą jest Zbigniew Boniek. Nowy prezes PZPN stwierdził ostatnio, że widziałby race na stadionie jako element sportowego widowiska...
- Mnie też się race podobają, ale nie na stadionie. Poza tym sądzę, że dyskusja nad tym tematem skończy się prawem, w którym ustawodawca wybudowanie jakichś szklanych klatek z wentylacją, gdzie będzie można odpalać race. Oczywiście przez osoby przeszkolone na koszt klubu... Nie wyobrażam sobie tego. Przecież gdy raca rzucona jest na boisko to nie można jej podnieść ręką. Trzeba do tego używać specjalnych szczypców. Może idę daleko ze swoimi przewidywaniami... ale różnie bywa z naszym prawem. Chcemy mieć europejskie przepisy, a później tworzymy jakieś dziwne obostrzenia.
Nieco odbiegliśmy od głównego tematu. Rozmawialiśmy o relacjach z kibicami, które są poprawne... A jak oceni pan relacje z trenerami i piłkarzami? Mnie osobiście wydaje się, że są one bardzo dobre. Na przykład trener Brosz po awansie dziękował za wsparcie zarządowi... ale i osobno panu. Przybijanie piątek z piłkarzami po meczu to już też chyba standard.
- Wie pan... nie można też tak uogólniać. Ja na przykład tkwię w wiecznym sporze z trenerami.
Jest pan z nimi w sporze? Nie rozumiem.
- Trenerzy niemal codziennie przedstawiają mi nowych zawodników, których chcieliby widzieć u siebie w drużynie. I co gorsza - coraz droższych.
Więc ma pan na myśli konstruktywne spory, raczej dyskusje.
- Tak, są one konstruktywne i jak najbardziej pozytywne. Ścieramy się na argumenty i w toku dyskusji tworzy się coś dobrego. Ostatnio na przykład rozmawialiśmy na temat celów i ambicji na ten sezon. Trenerzy chcą wiosną być jeszcze wyżej w tabeli, niż na siódmym miejscu i zdobyć wyższe premie. Ja się zgadzam, a wtedy oni mówią, że potrzebujemy tego, tamtego i jeszcze kolejnego piłkarza. Na co ja odpowiadam, że są za drodzy i ich nie kupimy, ale możemy tę sytuację rozwiązać jeszcze inaczej. Nasza ostatnia dyskusja trwała prawie pięć godzin. Myślę, że to pokazuje jak trudne, ale i konstruktywne są to rozmowy. Trenerzy mają mnóstwo argumentów, ale my też nie możemy wydawać miejskich pieniędzy na drogie wzmocnienia. Musimy się więc spotkać w połowie drogi...
Nie chce pan dać pieniędzy na drogich piłkarzy, więc Piast ponownie będzie polował na piłkarzy z kartą zawodniczą na ręku?
- Wie pan, ja uważam, że rynek zawodniczy będzie w najbliższym czasie dołował. Podam przykład z dzisiejszej gazety. Mila chce zarabiać w Śląsku 80 tyś. złotych i grozi, że odejdzie jeśli nie dostanie tej kwoty. Chce go podobno Lechia... która jest mu w stanie zaproponować 25 tyś. złotych. Tak rynek wycenia piłkarzy. Ja uważam, że Piast płaci bardzo dobrze i wkrótce będziemy mieć jednych z najlepszych piłkarzy w lidze. My płacimy za czas. Na przykład pensja grudniowa została zapłacona w grudniu, co chyba jest rzadkością w lidze. Jesteśmy więc atrakcyjnym klubem i wierzę, że przyciągniemy dobrych zawodników.
Weszliśmy na temat transferów. Jakiś czas temu Piast obrał kierunek hiszpański... a jaki to będzie teraz?
- Chciałbym, aby byli to młodzi polscy piłkarze... ale oni muszą być przytomni.
Przytomni?
- Mam to na myśli, że jeśli za kilka tysięcy złotych mogę zatrudnić piłkarza, który jest reprezentantem swojego kraju, a on żąda kilka razy więcej... To robimy rachunek ekonomiczny i łatwo się domyślić kogo zatrudnimy. Piłkarze muszą zdawać sobie sprawę, że rynek wycenia ich pracę nieco niżej niż miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. I argument, że piłkarze grają krótko, dlatego muszą zarabiać dużo, zupełnie do mnie nie przemawia. Jeśli ktoś sobie wybiera zawód, to musi być świadom konsekwencji swojego wyboru. Są ludzie, którzy zostają wspinaczami wysokogórskimi i muszą pogodzić się ze świadomością, że mogą krótko żyć. Statystycznie rzecz biorąc bowiem, alpiniści żyją krótko. Adam Bielecki gdy opowiada o swoich kolegach po fachu to pokazuje zdjęcia i wymienia "ten zginął, ten też nie żyje, ten już też...". Mówię o tym, że piłkarze również muszą być świadomi swojej wartości. Poza tym, po karierze sportowej też jest życie. Niech pan spojrzy na braci Dudków. Świetnie sobie radzą. Były piłkarz może być trenerem, przedsiębiorcą, dziennikarzem, działać w gastronomii. Zawodnik ma mieć prawo powiedzieć "słuchajcie, ja gram tylko pięć lat dobrze, więc musicie mi zapłacić tyle, żebym mógł do końca życia spokojnie żyć". To niemożliwe.
Proszę mi powiedzieć czy takimi "przytomnymi" młodymi piłkarzami są bracia Makowie z GKS-u Bełchatów?
- Kojarzę tych zawodników. Swego czasu byli na naszym celowniku, ale cena, którą za nich zażądano była zbyt wygórowana. Mogli do nas trafić i uważam, że wtedy zrobiliby lepiej, niż idąc do Bełchatowa.
Ja pytam czy Piast obecnie nie jest zainteresowany pozyskaniem tych zawodników.
- Tak, ale nie tylko nimi. Wie pan, ja z lubością czytam informacje, kto kim jest zainteresowany. Ja mam taką zasadę, że póki piłkarz nie podpisze z nami umowy, to o nim nie rozmawiam jako o, nawet ewentualnym, piłkarzu Piasta. Nie powiem więc komu się przyglądamy, bo zepsułbym sobie pracę. Mogę tylko zdradzić, że nasz kierunek... ponownie jest kontrowersyjny.
Chyba nieco łatwiej zarządza się klubem, za którym murem stoi solidna gmina. Może pan sobie na pewne rzeczy pozwolić...
- Gdy przyszedłem do Piasta to wynik finansowy za pierwszy rok działalności wynosił minus sześć milionów złotych. Mieliśmy długi sprzed dwóch lat.
Rozumiem, że już ich nie ma?
- Zostały spłacone. Piast jednak na siebie nie zarabia, bo nie jest to możliwe. Żyjemy z dotacji miasta, ale mamy zbilansowany budżet. Jesteśmy w czwartym roku działalności. W drugim roku mieliśmy kilkaset tysięcy złotych straty, a w trzecim - plus pięćset tysięcy złotych zysku. Mieliśmy gotówkę w kasie. Myślę, że i w tym roku będzie podobnie. Nie wyobrażam sobie żeby było inaczej. A czy łatwiej się takim klubem zarządza? Najpierw trzeba było załatwić te pieniądze. Jeśli to tak łatwo, to czemu inne kluby sobie nie załatwiły?
- Mamy pieniądze, ale nie pozwalamy sobie na spekulacje. Nie wykładamy dużych pieniędzy na piłkarzy, których realna wartość nie jest znana. Zrobiliśmy solidną drużynę z zawodników mało znanych, o których kluby się raczej nie biły...
Tutaj chyba zwróciłbym uwagę na rolę trenerów, którzy wyszukali oraz dobrali sobie piłkarzy pod względem nie tylko umiejętności, ale i charakteru...
- Przede wszystkim to ich zasługa! Mówię "my", bo przecież trener to też klub. My bez trenera nic nie znaczymy, tak samo trener bez nas. Ale to prawda, bo choć wykonaliśmy tą pracę razem, najwięcej zasług mają trenerzy. My naprawdę bardzo dużo dyskutujemy z trenerami, ale dobrze się z nimi rozumiemy. Gdyby było inaczej - musielibyśmy się rozstać.
To czego jeszcze trenerzy żądali na ostatnim spotkaniu z panem?
- W Piaście cały czas powtarzamy, że budujemy wszystko metodą "małych kroczków". Trenerzy próbowali mnie przekonać, że metoda "małych skoczków" będzie lepsza. Oni upierali się, że kroczki są za wolne. Jednak lepiej wolniej, ale z sukcesami, niż błyskawicznie i rozbijemy się o ścianę. Nie chcemy skończyć na 12. miejscu w tabeli z piłkarzami, którym trzeba będzie zapłacić duże pieniądze, które wcale się nie zwróciły.
Tak bardzo boi się pan kominów płacowych?
Nie boję się, bo ich w Piaście nie ma. Zresztą, my to co mamy, cały czas "spłaszczamy". Od Nowego Roku rozpoczęliśmy rozmowy z piłkarzami i będą one trwały przez kolejne tygodnie. Mam na myśli piłkarzy, którzy się nie sprawdzili i boisko zweryfikowało ich umiejętności. Będą musieli się zgodzić na niższe pieniądze. Myślę... Nie, jestem pewien, że się zgodzą na obniżenie uposażenia. Jeśli na boisku nie pokazują swojej wartości, to należy sobie po męsku powiedzieć, że czas na weryfikację.
W Piaście te podstawowe pensje są relatywnie niskie, ale piłkarze zarabiają na premiach, prawda?
- My możemy zaproponować wysokie pensje, ale proponujemy wysokie pensje. Piłkarze przychodzą tutaj dla wygranych meczów. Dla takich, którzy chcą wysokiej "podstawy", nie ma tutaj miejsca. My tutaj takich zawodników nie chcemy. Niektórzy mi podczas negocjacji mówią, że ich nie trzeba motywować. Odpowiadam im, że bardzo się cieszę, w takim razie szybko wywalczy sobie jedenastkę meczową i zgarnie premię. Te dodatki są naprawdę wysokie.
Co to konkretnie znaczy naprawdę wysokie?
- Gdybyśmy zdobyli mistrzostwo Polski, to musiałbym wyjąć z kieszeni trzy i pół miliona złotych.
Na koniec chciałbym zapytać o współpracę z Borussią Dortmund, o której sporo się mówi. Wiem, że jest ona nawiązana, lecz nie formalnie. Czy te więzy będą zacieśniane, skoro umowę z niemieckim klubem ostatnio podpisał Raków Częstochowa?
- ... (Prezes Kołodziejczyk się krzywi)
Dlaczego zrobił pan taką minę?
- Bardzo się cieszę, że polski klub podpisał umowę z taką firmą, jaką jest Borussia Dortmund... Ale myślę też, że Piast Gliwice jest nieco zbyt małym klubem, żeby podpisywać z nimi umowę.
Nie rozumiem, przecież Raków gra w II lidze i można śmiało określić go mianem mniejszego klubu od Piasta.
- Ale ja za Raków nie odpowiadam. Wydaje mi się natomiast, że Piast jest za małym klubem, aby być partnerem dla Borussii Dortmund. Pomysł tej współpracy jest bardzo dobry, ale nie wierzę, że Niemcy zwiążą się z nami umową. Mamy w Dortmundzie bardzo dobre kontakty i na pewno będziemy współpracowali...
Na jakiej płaszczyźnie?
- Sportowej, oczywiście.
W grę wchodzi wypożyczanie zawodników?
- Mam nadzieję. Nie wiem na jak wiele możemy liczyć, bo naprawdę jesteśmy za mali na to, aby podpisywać umowę partnerską z Borussią Dortmund.
Sugeruje pan, że za jakiś czas przy Okrzei ponownie ujrzymy młodzieżową drużynę Borussii... ale już Jakuba Błaszczykowskiego czy Roberta Lewandowskiego - nie.
- Chyba sam pan w to wątpi.
Dlaczego? Jeśli te relacje byłyby dobre, a i zdarzyła się dobra okazja... to dlaczego nie? Przecież za dwa lata Piast będzie obchodził 70-lecie istnienia.
- Nie stać nas na to. Jeśli mam wydać 400 tysięcy euro na mecz z gwiazdami Bundesligi... to szkoda mi tych pieniędzy. Wolę je wydać na wzmocnienia, a jeszcze lepiej - na szkolenie młodzieży.
Rozmawiał Maciej Smolewski