Michał Probierz nie wyprowadził z równowagi Igora Lewczuka
11.04.2012
Czuł Pan presję podczas wykonywania ostatniej jedenastki Ruchu?
- Presja na pewno na mnie ciążyła, to jest zresztą nieuniknione. Nie ma, co tego ukrywać, bo gdybym nie strzelił, to pewnie by nas nie było w finale. Może nie jestem jakimś pewnym siebie zawodnikiem, ale podczas wykonywania tego karnego czułem, że będzie dobrze.
Jeśli chodzi o sam mecz, warunki dyktowała Wisła.
- Dokładnie i musimy się poprawić przed derbami z Górnikiem. Nie takie były nasze założenia, gospodarze stworzyli sobie wiele sytuacji. Bardzo źle to wyglądało szczególnie na początku meczu. Stracona bramka trochę nas ożywiła i zaczęliśmy konstruować niezłe akcje. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tylko grając w piłkę możemy wywieźć stąd korzystny rezultat. Na wynik meczu nie ma już, co patrzeć. Osiągnęliśmy swój cel - finał i to się liczy! Teraz nie możemy osiąść na laurach. Na lidze też nam bardzo zależy i w niej również chcemy coś osiągnąć. Pierwsza trójka jest przecież w zasięgu ręki.
Emocje sięgały zenitu. Pewnie również za sprawą decyzji arbitra?
- Faktycznie, chociażby za sprawą sytuacji, kiedy musiał być powtórzony rzut karny. Może gdyby sędzia wcześniej ostrzegł, żeby bramkarze uważali to wyglądałoby to inaczej z naszej perspektywy? Perdijić w taki sposób broni jedenastki, że trochę zawsze wychodzi. Gdybyśmy nie awansowali, to do arbitra byłyby wielkie pretensje.
W momencie, gdy przygotowywał się Pan do wykonania rzutu karnego, Michał Probierz pokrzykiwał w kierunku Siergieja Pareiki. Podpowiadał podobno, jak pan uderza z jedenastu metrów!
- Trener Probierz jest z takich zachowań znany (śmiech). Pracowaliśmy razem w Jagiellonii i może chciał na mnie wywrzeć jakąś presję. Na szczęście dowiedziałem się o tym dopiero w szatni.
Jak spisywał się pan na poniedziałkowym treningu strzeleckim?
- Nie pokazałem się z najlepszej strony. Na dwa karne strzeliłem jedną bramkę. Przed meczem z Wisłą wiedziałem, jak mam nie strzelać (śmiech).
W szatni mocno świętowaliście?
- Wie pan... Na terenie Wisły zrobić awans, to jest coś! W finale chcemy coś ugrać, bo tak będzie spory niedosyt. Oby nasza ciężka praca nie poszła na marne, gdyż zawsze dajemy z siebie wszystko. Dodatkową satysfakcją jest fakt, że jesteśmy blisko zagrania w Lidze Europejskiej. Będziemy kibicować Legii, by ograła Arkę.
Rozmawiał Szymon Ziober
- Presja na pewno na mnie ciążyła, to jest zresztą nieuniknione. Nie ma, co tego ukrywać, bo gdybym nie strzelił, to pewnie by nas nie było w finale. Może nie jestem jakimś pewnym siebie zawodnikiem, ale podczas wykonywania tego karnego czułem, że będzie dobrze.
Jeśli chodzi o sam mecz, warunki dyktowała Wisła.
- Dokładnie i musimy się poprawić przed derbami z Górnikiem. Nie takie były nasze założenia, gospodarze stworzyli sobie wiele sytuacji. Bardzo źle to wyglądało szczególnie na początku meczu. Stracona bramka trochę nas ożywiła i zaczęliśmy konstruować niezłe akcje. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tylko grając w piłkę możemy wywieźć stąd korzystny rezultat. Na wynik meczu nie ma już, co patrzeć. Osiągnęliśmy swój cel - finał i to się liczy! Teraz nie możemy osiąść na laurach. Na lidze też nam bardzo zależy i w niej również chcemy coś osiągnąć. Pierwsza trójka jest przecież w zasięgu ręki.
- Faktycznie, chociażby za sprawą sytuacji, kiedy musiał być powtórzony rzut karny. Może gdyby sędzia wcześniej ostrzegł, żeby bramkarze uważali to wyglądałoby to inaczej z naszej perspektywy? Perdijić w taki sposób broni jedenastki, że trochę zawsze wychodzi. Gdybyśmy nie awansowali, to do arbitra byłyby wielkie pretensje.
W momencie, gdy przygotowywał się Pan do wykonania rzutu karnego, Michał Probierz pokrzykiwał w kierunku Siergieja Pareiki. Podpowiadał podobno, jak pan uderza z jedenastu metrów!
- Trener Probierz jest z takich zachowań znany (śmiech). Pracowaliśmy razem w Jagiellonii i może chciał na mnie wywrzeć jakąś presję. Na szczęście dowiedziałem się o tym dopiero w szatni.
Jak spisywał się pan na poniedziałkowym treningu strzeleckim?
- Nie pokazałem się z najlepszej strony. Na dwa karne strzeliłem jedną bramkę. Przed meczem z Wisłą wiedziałem, jak mam nie strzelać (śmiech).
W szatni mocno świętowaliście?
- Wie pan... Na terenie Wisły zrobić awans, to jest coś! W finale chcemy coś ugrać, bo tak będzie spory niedosyt. Oby nasza ciężka praca nie poszła na marne, gdyż zawsze dajemy z siebie wszystko. Dodatkową satysfakcją jest fakt, że jesteśmy blisko zagrania w Lidze Europejskiej. Będziemy kibicować Legii, by ograła Arkę.
Rozmawiał Szymon Ziober
Polecane
Ekstraklasa