Michał Kałuża - największa nadzieja polskiego futsalu. „Gra na Zachodzie to moje marzenie. Wierzę, że sny się spełniają”

20.02.2019

Bramkarz reprezentacji Polski w futsalu wybrany w plebiscycie Umbro Futsal Awards dziewiątym goalkeeperem na świecie. 20-letni gracz Rekordu Bielsko-Biała, który na swoim koncie ma już występy przeciwko FC Barcelonie, reprezentacji Hiszpanii, czy Brazylii. Jego karierę z zainteresowaniem śledzą największe europejskie kluby. Historyczny transfer Polaka wydaje się być kwestią czasu.

Paweł Mruczek/bts.rekord.com.pl

Mateusz Antczak: System szkolenia młodzieży w Rekordzie zakłada równoczesny rozwój zawodnika na dużym boisku, jak i w hali. W końcowym etapie doprowadza go do momentu, w którym musi podjąć decyzję – futsal czy piłka nożna. Dobrze wiemy, jakiego wyboru dokonałeś. Zastanawia mnie jednak, jakie czynniki wpłynęły na twoją decyzję? Miałeś „papiery” na grę na trawiastym boisku…
Michał Kałuża
: Byłem dobry, ale bez rewelacji. Myślę, że poradziłbym sobie w Rekordzie na poziomie III Ligi. Przez bardzo długi czas byłem szkolony w obu dyscyplinach, gdyż treningi przy Startowej rozpocząłem już w pierwszej klasie podstawowej. Cykl zimowo - letni nie jest mi obcy. Gdy było ciepło, graliśmy na trawie, a na przełomie listopada i grudnia przenosiliśmy się na halę. Głównym czynnikiem, który wpłynął na moją decyzję, była kontuzja Bartka Nawrata. Wtedy właśnie włączony zostałem na stałe do treningów z ekstraklasową drużyną. Później pojawiły się pierwsze powołania do kadry meczowej i musiałem podjąć decyzję, co dalej zamierzam robić. Był taki okres, kiedy przez trzy miesiące łączyłem grę na poziomie Futsal Ekstraklasy z występami w Wojewódzkiej Lidze Juniorów Starszych. Nie było to łatwe. O ile w piłce młodzieżowej jest to jeszcze możliwe, o tyle w piłce seniorskiej obciążenia są na zbyt wysokim poziome, aby taki system można było nazwać efektywnym.

Nie mogłeś narzekać na brak zainteresowania ze strony trenera trzecioligowców.
To prawda. Wtedy trenerem „Rekordzistów” był późniejszy szkoleniowiec rezerw Górnika Zabrze - Wojciech Gumola. Dosyć często otrzymywałem od niego zaproszenia na treningi drużyny seniorów, ale najczęściej pokrywały się one z Futsal Ekstraklasą. Tak więc pomimo licznych okazji, nigdy nie zagościłem w piłkarskiej szatni.

Często zadajesz sobie pytanie: Co by było, gdybym wybrał dużą bramkę?
Nie męczy mnie to odkąd jestem w reprezentacji i mam stałe miejsce w ekstraklasowej drużynie. Na początku trochę biłem się z myślami. Zastanawiałem się, co mogę osiągnąć w futsalu, a do czego mogę dojść w piłce nożnej. Nie żałuję swojej decyzji, a wręcz przeciwnie - cieszę się z takiego obrotu spraw.

A nie kusiły cię pieniądze, które jak wiemy na dużym boisku są zdecydowanie większe?
Wiadomo, że każdy bierze to pod uwagę. Wątpię jednak, żebym w piłce nożnej miał okazję reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej, nawet na poziomie młodzieżowym. Życie futsalowca wydawało mi się znacznie ciekawsze.

W środowisku futbolowym funkcjonuje wiele stereotypów. Jednym z nich jest przekonanie, że bramkarz musi być „wariatem”.  Co o tym sądzisz? Ty raczej nie dajesz ponieść się emocjom…
Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że stanowię wyjątek od tej reguły… Coś w tym jest. Prawie wszyscy bramkarze, z którymi miałem do czynienia, byli trochę szaleni (śmiech). Ja mam zgoła odmienny charakter, ale jak do tej pory nie spotkałem się z żadnymi przeszkodami z tym związanymi.

Jak to jest rywalizować o miejsce w bramce ze swoim trenerem? Mam na myśli tutaj twojego klubowego kolegę, a zarazem opiekuna goalkeeperów Rekordu oraz młodzieżowych kadr Polski – Bratka Nawrata.
Kiedy wchodziłem do piłki seniorskiej, Bartek nie prowadził jeszcze naszych treningów. Pewnie inaczej bym do tego podchodził, gdyby taka sytuacja miała miejsce od początku. Na pewno jest on jedną z pierwszych osób, która nauczyła mnie bramkarskiego fachu, ale raczej patrzę na niego jak na starszego kolegę.

Jeszcze dziwniejsza wydaje się sytuacja, w której podstawowy bramkarz reprezentacji Polski nie ma pewnego miejsca między słupkami swojego klubu.
Dużo o tym myślałem. Z jednej strony jestem zadowolony z takiej sytuacji. Nawet, kiedy nie gram zbyt często w lidze, mogę zbierać bezcenne doświadczenie, jeżdżąc na zgrupowania. No ale z drugiej… Zastanawiam się czasami, dlaczego dostaję powołania, pomimo braku pewnego miejsca w wyjściowym składzie co tydzień w lidze. W każdym razie, bardzo cieszę się z tak dużego zaufania trenera reprezentacji i jestem mu niezmiernie wdzięczny.

Czyli rozumiem, że częściej zadajesz sobie pytanie: dlaczego jestem powoływany, skoro nie gram, aniżeli dlaczego nie gram, skoro jestem podstawowym bramkarzem reprezentacji?
Zgadza się. Może ktoś z zewnątrz pomyśli odwrotnie, ale ja inaczej do tego podchodzę, gdy widzę codzienną rywalizację o miejsce w bramce Rekordu. Nie powiem, że ją przegrywam, ale na pewno jest ona bardzo wyrównana. Bartkowi nie można niczego zarzucić, ja też otrzymuję swoje minuty. Często gramy na zmianę.

Uważasz, że obecny skład personalny naszej kadry, to rzeczywisty stan najlepszych zawodników, których ma do dyspozycji trener Korczyński?
Mógłbym odpowiedzieć na to pytanie w sposób dyplomatyczny i powiedzieć, że leży to wyłącznie w gestii trenera, ale uważam, że nie jest to najsilniejszy skład, jaki można by skompletować z zawodników grających w Futsal Ekstraklasie. Na pewno zastanawiający jest fakt, że na zeszłorocznych Mistrzostwach Europy zagrało wyłącznie trzech zawodników z Rekordu, co jak na klub, który - nie bójmy się tego określenia - zdominował ligę, jest niewielką liczbą. Również wiele pytań pojawia się o futsalistów z Gatty Zduńska Wola, która jest przecież obecnym wicemistrzem Polski. Jednak wszystkie te głosy pochodzą od osób, które znajdują się poza reprezentacją. Nie wiedzą, jaki pomysł na grę ma trener Korczyński i nie znają planu na przyszłość tej kadry. Będąc w środku reprezentacji, zupełnie inaczej patrzę na te powołania. Wiem, że nie są one przypadkowe. Trzeba pamiętać, że budowa drużyny to nie tylko dobór najlepszych zawodników na boisku.

Cofnijmy się w czasie do początku ubiegłego roku i przywołanych przez Ciebie Mistrzostw Europy. Pierwszy mecz zremisowany z wielką Rosją - sensacja i ogromna euforia. Obudziliście w Polakach mocno uśpioną przed turniejem nadzieję. Gra naszej drużyny w drugim mecz z Kazachstanem także wyglądała imponująco. Rezultat 1:5 na pewno nie oddaje przebiegu spotkania. Uważasz, że gdyby trener Korczyński skorzystał z tych zawodników, których powołań domagają się kibice, to wynik wyglądałby inaczej?
Wiadomo, że po fakcie, każdy z nas chętnie dokonałby jakiś zmian w swojej grze. Myślę, że trener także pokusiłby się o pewne roszady. Trudno powiedzieć, co poszczególne osoby wniosłyby do kadry. Nie dowiemy się tego, dopóki nie zostaną powołane. Uważam, że kluczową rolę odegrało doświadczenie, zwłaszcza w tym drugim spotkaniu. Przegraliśmy je nie tyle personaliami, co po prostu ograniem na międzynarodowym poziomie, a jak wiemy, żaden z zawodników występujących na co dzień w polskiej lidze takiego nie posiada. Kazachowie podeszli do tego meczu inaczej, niż zrobili to Rosjanie. Wiedzieli, czego mogą się po nas spodziewać i doszczętnie tę wiedzę wykorzystali.

Myślisz, że ten pierwszy, zaskakująco dobry wynik, zadziałał na naszą drużynę motywująco, czy w kontekście dalszych losów turnieju okazał się dla nas zgubny?
Pierwsze spotkanie na mistrzostwach to była przyjemność. Pozytywny dreszczyk emocji. Duża niewiadoma, w przeciwieństwie do  drugiej rywalizacji, w której sukces wydawał się być na wyciągnięcie ręki. Trudno jednoznacznie określić, czy mecz z Rosjanami nas zdeprymował, czy po prostu Kazachstan okazał się zbyt silną drużyną.

Kilka miesięcy po mistrzostwach na zaproszenie brazylijskiej federacji wylecieliście do Ameryki Południowej, gdzie rozegraliście towarzyski dwumecz z drużyną Canarinhos. Jak wspominasz podróż do kraju, w którym narodził się futsal?
Był to rewelacyjny wyjazd! Nie tylko pod względem sportowym, ale także turystycznym. Miałem przyjemność zwiedzić kraj, którego sam prawdopodobnie nigdy bym nie zobaczył. Na pewno nie na tę chwilę. Brazylia to państwo wielkich kontrastów, głównie społecznych. Widzieliśmy jak wygląda życie tamtejszej ludności. Niezapomniane doświadczenie, skłaniające do przemyśleń… A same mecze z reprezentacją Canarinhos to również ogromne przeżycie. Gra przy tak hucznych trybunach przeciwko zawodnikom z futsalowego topu – o tym marzy każdy dzieciak. Szkoda, że nie udało nam się osiągnąć korzystnego rezultatu. Niedosyt pozostał szczególnie po pierwszym spotkaniu, gdzie dopiero w końcówce utraciliśmy ciężko wypracowany remis.

Występ Rekordu na turnieju Elite Round futsalowej Ligi Mistrzów w Barcelonie zdecydowanie można uznać za udany. Mimo braku zdobyczy punktowej, zaprezentowaliście się z bardzo dobrej strony. Zastanawia mnie jednak, jak oceniasz swój występ na tej imprezie?
Zagrałem tylko w ostatnim spotkaniu tego turnieju, który jeszcze przed rozpoczęciem okrzyknięty został „meczem o honor”. Przegraliśmy go wysoko, tracąc aż 8 bramek. Trudno jest być zadowolonym po takim ostrzale, ale patrząc na ogół naszego występu zauważyć można wiele pozytywów. Zmagania w Lidze Mistrzów, a szczególnie w Elite Round, na pewno zaliczyć możemy do udanych i myślę, że nie zawiedliśmy żadnego fana polskiego futsalu. Teraz skupiamy się na następnej edycji, aby ponownie udowodnić naszą wartość. Chcemy na stałe zagościć w europejskiej czołówce.

W plebiscycie Umbro Futsal Awards, podsumowującym 2018 rok, zostałeś wybrany dziewiątym bramkarzem świata. Spodziewałeś się tak dużego wyróżnienia?
Zdecydowanie nie. Już sama nominacja była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Szczerze mówiąc, kiedy dowiedziałem się, że będę konkurował z tak wspaniałymi goalkeeperami, rezultat plebiscytu zszedł na drugi plan. Fakt, że znalazłem się w gronie 10 najlepszych bramkarzy na świecie to ogromny zaszczyt. Chyba nie muszę wspominać, jak bardzo zmobilizowało mnie to do dalszej pracy. Niesamowity zastrzyk motywacji!

Odczuwasz dużą presję, gdy zewsząd słyszysz, że jesteś największą nadzieją polskiego futsalu?
Takie opinie również wywołują u mnie częściej motywację, niż stres. Największą presję odczuwałem podczas Mistrzostw Europy przed wspomnianym już drugim meczem. „Na papierze” Kazachowie wydawali się łatwiejszym rywalem i to na nich byliśmy bardziej nastawieni.  Z Rosją zagrałem na dobrym poziomie i nie wypadało go obniżać. Wtedy dużo mówiło się o mojej osobie. Spotkałem się z wieloma wpisami na mój temat na Facebooku. Szczególnie w pamięci utknął mi jeden komentarz, na który natknąłem się w dzień naszego spotkania z Kazachstanem. Brzmiał on mniej więcej tak: „Zobaczymy, co zrobi dzisiaj”. Na co dzień, czy to w Ekstraklasie, czy w Lidze Mistrzów, nie doświadczam takich sytuacji. Wiadomo, że towarzyszy mi pewnego rodzaju adrenalina, ale nie można tego nazwać presją.

Powiedziałeś, że sprawdzasz przed meczami Facebooka. Czyli nie jesteś typem zawodnika, który przed spotkaniem zupełnie „odcina się” od reszty świata?
Nie angażuje się zbytnio w życie medialne, ale zdarza mi się śledzić opinię publiczną - głównie na Facebooku. Tego nie da się uniknąć. Żyjemy w czasach, w których telefony mają na nas bardzo duży wpływ, kuszą powiadomieniami. Zazwyczaj przed meczami nie „odcinam się” całkowicie, ale staram się jak najmniej czytać internetowych treści.

Czyli mogę liczyć, że na ten wywiad, gdzieś w środku tygodnia, też raczysz spojrzeć (śmiech)?
Zdecydowanie. Na to na pewno znajdę czas (śmiech).

Dużo przed Mistrzostwami Europy mówiło się o zainteresowaniu twoją osobą klubów z czołowych lig europejskich. Ten turniej miał stanowić dla ciebie pewnego rodzaju sprawdzian, który, nie tylko moim zdaniem, zdałeś na piątkę z plusem. Dużo furtek otworzyło się po tych występach?
Tak, spotkałem się z dość dużym odzewem ze strony różnych klubów. Nawet do dziś mam kontakt z jednym z nich. Nie chcę się  zajmować rozmowami z menadżerami, czy też trenerami – pozostawiam to Rekordowi. Cały czas mam ważny kontrakt w tym klubie. Tutaj jestem szczęśliwy. Uczę się, mam mieszkanie, rodzinę, dziewczynę, przyjaciół – wszystko na miejscu, w mieście, w którym się urodziłem i żyję od zawsze. Jestem mocno do niego przywiązany i to w zasadzie jedyny czynnik, który staje mi na drodze. Nigdzie się nie śpieszę, ale jeżeli pojawi się jakaś dobra propozycja to raczej z niej skorzystam. Uważam, że moje odejście jest kwestią czasu i tylko poprzez regularne, dobre występy mogę zapracować na wymarzoną ofertę.

Na jak długo związany jesteś jeszcze z Rekordem?
Po zakończeniu tego sezonu zostanie rok.

Czyli kiedy możemy spodziewać się Michała Kałuży w koszulce wielkiego, europejskiego klubu?
Trudne pytanie... Chciałbym jak najszybciej, ale czas przyniesie odpowiedź. Póki co, nie pozostaje mi nic innego, jak ciężko pracować w klubie oraz rozgrywać dobre mecze w reprezentacji Polski. Jest to moje marzenie, a wierzę, że one się spełniają.

autor: Mateusz Antczak

Przeczytaj również