Matko Perdijić: Raz jesteś na dole, a raz szybko idziesz do góry
11.04.2012
Mecz w Krakowie był swego rodzaju obrazem czasu, jaki Chorwat spędził w Ruchu. A więc nieustannych wahań. Zadebiutował z marszu wchodząc do bramki w derbach z Górnikiem, bo wyrzucony z boiska został Robert Mioduszewski. Chorzowianie przegrali w Zabrzu. Kilka dni później Matko bronił w meczu z Lechem. Przepuścił aż sześć bramek! To nie był dla niego łatwy czas, bo Polskę dopiero poznawał. Dziś biegle mówi w naszym języku.
Rozegrał w lidze ledwie sześć meczów przez pierwsze 3,5 roku. - Zagryzłem zęby i walczyłem na treningach o miejsce w składzie - mówił i cel osiągnął. Gdy stało się jasne, że odejdzie Krzysztof Pilarz, Perdijić wskoczył między słupki. To był dla niego dobry czas. Matko bronił przez większość ubiegłego sezonu i na początku aktualnego. Nie popełniał poważnych błędów, choć przytrafił mu się "klops" w jesiennym meczu z Zagłębiem Lubin.
Numerem jeden w Ruchu przestał być po meczu w... Krakowie z Wisłą. Była ósma kolejka rozgrywek. Chorzowianie stracili przy Reymonta trzy gole i miejsce między słupkami zajął Michal Pesković. Od tego czasu Słowak broni w lidze, a Chorwat w Pucharze Polski.
Wczoraj Perdijić znów został trzykrotnie pokonany przez zawodników "Białej Gwiazdy". - Największe pretensje mam do siebie za stratę drugiej bramki. Powinienem był podjąć lepszą decyzję - przyznał Matko, bo jego niepotrzebne wyjście z bramki ułatwiło zadanie Maorowi Meliksonowi.

Niebezpiecznie zrobiło się też po tym, jak Perdijić złapał do rąk piłkę, która podał mu jeden z kolegów. Sędzia zarządził rzut wolny pośredni, kilka metrów od chorzowskiej bramki. - Byłem zasłonięty i nie widziałem, kto kopnął piłkę w moją stronę - tłumaczył się. Dodać trzeba, ze niepewnie interweniował w kilku innych sytuacjach. Mało kto sądził, że to on zostanie bohaterem za sprawą pięknych parad w serii rzutów karnych.
Obronił trzy strzały. Po jednej z interwencji sędzia zarządził jednak powtórkę, dopatrując się, że Perdijić wyszedł przed linię bramkową. - 99 procent bramkarzy tak robi! - irytował się Matko, ale ostatecznie i tak miał powody do satysfakcji.
- W życiu bramkarza tak już jest, że raz jesteś na dole, a raz szybko idziesz do góry. Dzięki Bogu awansowaliśmy do finału, a ja w dodatku nie dostałem żółtej kartki, więc będę mógł wystąpić - podkreślił. Zasugerował tym samym, że bardzo liczy na miejsce w pierwszym składzie 24 kwietnia.
Rozegrał w lidze ledwie sześć meczów przez pierwsze 3,5 roku. - Zagryzłem zęby i walczyłem na treningach o miejsce w składzie - mówił i cel osiągnął. Gdy stało się jasne, że odejdzie Krzysztof Pilarz, Perdijić wskoczył między słupki. To był dla niego dobry czas. Matko bronił przez większość ubiegłego sezonu i na początku aktualnego. Nie popełniał poważnych błędów, choć przytrafił mu się "klops" w jesiennym meczu z Zagłębiem Lubin.
Numerem jeden w Ruchu przestał być po meczu w... Krakowie z Wisłą. Była ósma kolejka rozgrywek. Chorzowianie stracili przy Reymonta trzy gole i miejsce między słupkami zajął Michal Pesković. Od tego czasu Słowak broni w lidze, a Chorwat w Pucharze Polski.
Wczoraj Perdijić znów został trzykrotnie pokonany przez zawodników "Białej Gwiazdy". - Największe pretensje mam do siebie za stratę drugiej bramki. Powinienem był podjąć lepszą decyzję - przyznał Matko, bo jego niepotrzebne wyjście z bramki ułatwiło zadanie Maorowi Meliksonowi.
Niebezpiecznie zrobiło się też po tym, jak Perdijić złapał do rąk piłkę, która podał mu jeden z kolegów. Sędzia zarządził rzut wolny pośredni, kilka metrów od chorzowskiej bramki. - Byłem zasłonięty i nie widziałem, kto kopnął piłkę w moją stronę - tłumaczył się. Dodać trzeba, ze niepewnie interweniował w kilku innych sytuacjach. Mało kto sądził, że to on zostanie bohaterem za sprawą pięknych parad w serii rzutów karnych.
Obronił trzy strzały. Po jednej z interwencji sędzia zarządził jednak powtórkę, dopatrując się, że Perdijić wyszedł przed linię bramkową. - 99 procent bramkarzy tak robi! - irytował się Matko, ale ostatecznie i tak miał powody do satysfakcji.
- W życiu bramkarza tak już jest, że raz jesteś na dole, a raz szybko idziesz do góry. Dzięki Bogu awansowaliśmy do finału, a ja w dodatku nie dostałem żółtej kartki, więc będę mógł wystąpić - podkreślił. Zasugerował tym samym, że bardzo liczy na miejsce w pierwszym składzie 24 kwietnia.
Polecane
Ekstraklasa