Mariusz Śrutwa wspomina dawne czasy w Ruchu...
09.04.2012
Świetny niegdyś napastnik "Niebieskich" podzielił się z nami wspomnieniami z czasów, gdy był łakomym kąskiem na rynku transferowym. - Zawsze byłem „ruchowcem" i nigdy moim celem ani ambicją nie było odejście z tego klubu. Miałem w tamtym okresie bardziej kuszące propozycje, ze wszystkich - poza angielską - liczących się lig europejskich, choć oczywiście nie z klubów rangi Barcelony, Realu, Interu czy Bayernu. Ruch jest na tyle utytułowanym i zasłużonym klubem, że na inny zmieniać go nie chciałem. Poza tym miałem na Śląsku swoje grono przyjaciół, znajomych; swoje interesy - mówi.
- Studiowałem wówczas różnego rodzaju rankingi najlepiej zarabiających w Polsce, publikowane przez media. I - porównując to z wysokością mojego kontraktu - stwierdzałem, że jest on... faktycznie wysoki. W Legii nikt nie zarabiał więcej ode mnie, co zresztą już w trzecim dniu mojego pobytu w klubie stało zarzewiem konfliktu. Usłyszałem od jednego z zawodników, że do tej pory to on dostawał najwięcej, że nowa sytuacja mu się nie podoba, i że tak sprawy nie zostawi. Fakt, że wynegocjowałem sobie samochód, też okazał się dla części legionistów problemem; oni do tej pory mieli tylko pięć procent rabaty na produkty Daewoo. „A rozmawialiście o tym przy okazji podpisywania kontraktów?" - spytałem. Okazało się, że żaden z nich na to nie wpadł... - dodaje.
Co było dalej? - Pojechałem więc z działaczami chorzowskimi niby na rozmowy do Legii. Na miejscu, w Warszawie, ze zdziwieniem stwierdziłem jednak, że w zasadzie kluby są już dogadane i gotowe do podpisywania umowy transferowej! Jedyne, czego brakowało, to porozumienie Legii z samym zainteresowanym... Postanowiłem wtedy stanąć okoniem i krzyknąłem sumę - wydawało mi się: zaporową - za mój indywidualny kontrakt. Jak się później okazało, nie była dla warszawian wcale taka zaporowa... Ale wtedy moja odpowiedź na większość pytań i propozycji była taka sama: „nie" - kończy Mariusz Śrutwa.
- Studiowałem wówczas różnego rodzaju rankingi najlepiej zarabiających w Polsce, publikowane przez media. I - porównując to z wysokością mojego kontraktu - stwierdzałem, że jest on... faktycznie wysoki. W Legii nikt nie zarabiał więcej ode mnie, co zresztą już w trzecim dniu mojego pobytu w klubie stało zarzewiem konfliktu. Usłyszałem od jednego z zawodników, że do tej pory to on dostawał najwięcej, że nowa sytuacja mu się nie podoba, i że tak sprawy nie zostawi. Fakt, że wynegocjowałem sobie samochód, też okazał się dla części legionistów problemem; oni do tej pory mieli tylko pięć procent rabaty na produkty Daewoo. „A rozmawialiście o tym przy okazji podpisywania kontraktów?" - spytałem. Okazało się, że żaden z nich na to nie wpadł... - dodaje.
Co było dalej? - Pojechałem więc z działaczami chorzowskimi niby na rozmowy do Legii. Na miejscu, w Warszawie, ze zdziwieniem stwierdziłem jednak, że w zasadzie kluby są już dogadane i gotowe do podpisywania umowy transferowej! Jedyne, czego brakowało, to porozumienie Legii z samym zainteresowanym... Postanowiłem wtedy stanąć okoniem i krzyknąłem sumę - wydawało mi się: zaporową - za mój indywidualny kontrakt. Jak się później okazało, nie była dla warszawian wcale taka zaporowa... Ale wtedy moja odpowiedź na większość pytań i propozycji była taka sama: „nie" - kończy Mariusz Śrutwa.
Polecane
Ekstraklasa