Marcin Baszczyński: Coś "tyrpie" mną wewnętrznie...
14.05.2013
- Właściwie to nie wiem, jak określić to, co czuję, co przeżywam. Mam jakiś dziwnie ambiwalentny stosunek do tej kontuzji. Bo coś "tyrpie" mną wewnętrznie i coś boli fizycznie, ale nie wiem, co bardziej mi doskwiera, co bardziej boli i czy w ogóle można to nazwać bólem - przyznaje "Baszczu". Pojawia się jednak pytanie, co dalej z jego karierą. - Jestem twardzielem z bogatym doświadczeniem w zrywaniu więzadeł krzyżowych. Nie jestem jednak w stanie odpowiedzieć na pytanie, co dalej - mówi obrońca.
Teraz czeka nie tylko na dokładniejsze diagnozy, ale też na... spotkanie z Pogonią Szczecin. -
Na razie to czekam na piątkowy mecz i trzy punkty z Pogonią. Marzę, byśmy wygrali to spotkanie, nawet za wszelką cenę i niech się już ten zgiełk wokół Ruchu uciszy. Niech ten przedziwny sezon dobiegnie spokojnie do końca.
Spokojniej mogło być już po meczu w Gdańsku. - Nie widziałem końcówki meczu, bo zszedłem jż do szatni, ale kontaktowałem się z murawą, słuchając reakcji trybun. Gdy usłyszałem niezadowolenie Lechii, po tym jak strzeliliśmy czwartą bramkę i spojrzałem na zegar, który pokazał jak mało czasu jest do końca meczu, to byłem już spokojny. Pomyślałem, że za minutę-dwie chłopcy zrelacjonują mi wszystko, co wydarzyło się po moim zejściu z boiska. I owszem, pojawili się w szatni, tylko że tak wkurzonych ich jeszcze nie widziałem. Nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Nie mogli pojąć, jak to się stało - kończy Marcin Baszczyński.
Teraz czeka nie tylko na dokładniejsze diagnozy, ale też na... spotkanie z Pogonią Szczecin. -
Na razie to czekam na piątkowy mecz i trzy punkty z Pogonią. Marzę, byśmy wygrali to spotkanie, nawet za wszelką cenę i niech się już ten zgiełk wokół Ruchu uciszy. Niech ten przedziwny sezon dobiegnie spokojnie do końca.
Spokojniej mogło być już po meczu w Gdańsku. - Nie widziałem końcówki meczu, bo zszedłem jż do szatni, ale kontaktowałem się z murawą, słuchając reakcji trybun. Gdy usłyszałem niezadowolenie Lechii, po tym jak strzeliliśmy czwartą bramkę i spojrzałem na zegar, który pokazał jak mało czasu jest do końca meczu, to byłem już spokojny. Pomyślałem, że za minutę-dwie chłopcy zrelacjonują mi wszystko, co wydarzyło się po moim zejściu z boiska. I owszem, pojawili się w szatni, tylko że tak wkurzonych ich jeszcze nie widziałem. Nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Nie mogli pojąć, jak to się stało - kończy Marcin Baszczyński.
Polecane
Ekstraklasa