Kędziora przed meczem z Zagłębiem wspomina... trenerów lubinian
23.08.2012
O Dariuszu Fornalaku: - Nie tylko ja, człowiek z tego samego regionu, miałem z nim dobry kontakt, ale chyba każdy w szatni. Wyniki też były, bo rundę kończyliśmy na drugim miejscu. I nagle trenera pożegnano. Byliśmy wtedy w dużym szoku.
O Robercie Jonczyku: - Na początku każdy z nas myślał "kurczę, fajny, konkretny facet", bo wprowadzał mnóstwo innowacji, opowiadał o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, a treningi prowadził z użyciem najnowszego sprzętu, koniecznie z laptopami. Dopiero po chwili okazało się, że to wszystko jest wielką klapą. Treningi były tak skonstruowane, że kiedy zawodnik "wchodził" na tętno progowe, od razu kończył, bo trener nie chciał go "zajechać". Uważał, że aby mieć siły na wiosnę, nie trzeba wcale solidnie przepracować zimy. Skończyło się na tym, że byliśmy po prostu źle przygotowani. Pół biedy jeszcze, gdyby była w szatni atmosfera, ale... Nie było jej w ogóle. Trener za bardzo uwierzył w siebie, zakochał się w tym, co mówił. Alfa i omega. Nic się nie zazębiało.
O Andrzeju Lesiaku: - Przed rozpoczęciem ligi dopiero wracałem po kontuzji, więc już z tego powodu byłem bardziej pozytywnie nastawiony. Ale po chłopakach widziałem, że coś jest nie tak. Efekt był taki, że sezon na dobre jeszcze nie ruszył, a my już daliśmy sobie wbić 12 bramek...
O Franciszku Smudzie: - Trzymał szatnię krótko. Jak wchodził, momentalnie robiła się cisza. Tym razem jednak tradycji nie stało się zadość i jego następca - Marek Bajor - poziomu nie obniżył...
O Marku Bajorze: - Mieliśmy z nim bardzo dobrą rundę. Gdybyśmy zakończyli ją wygraną z Lechem Poznań, to wydźwignęlibyśmy się na szóste miejsce. Pamiętam to dobrze, bo... pechowo strzeliłem samobója. Później, po tragedii trenera, który stracił żonę, bardzo chcieliśmy dać mu choć trochę radości dobrą grą. Dużo o tym rozmawialiśmy. Niestety, nie wyszło.
O Robercie Jonczyku: - Na początku każdy z nas myślał "kurczę, fajny, konkretny facet", bo wprowadzał mnóstwo innowacji, opowiadał o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, a treningi prowadził z użyciem najnowszego sprzętu, koniecznie z laptopami. Dopiero po chwili okazało się, że to wszystko jest wielką klapą. Treningi były tak skonstruowane, że kiedy zawodnik "wchodził" na tętno progowe, od razu kończył, bo trener nie chciał go "zajechać". Uważał, że aby mieć siły na wiosnę, nie trzeba wcale solidnie przepracować zimy. Skończyło się na tym, że byliśmy po prostu źle przygotowani. Pół biedy jeszcze, gdyby była w szatni atmosfera, ale... Nie było jej w ogóle. Trener za bardzo uwierzył w siebie, zakochał się w tym, co mówił. Alfa i omega. Nic się nie zazębiało.
O Andrzeju Lesiaku: - Przed rozpoczęciem ligi dopiero wracałem po kontuzji, więc już z tego powodu byłem bardziej pozytywnie nastawiony. Ale po chłopakach widziałem, że coś jest nie tak. Efekt był taki, że sezon na dobre jeszcze nie ruszył, a my już daliśmy sobie wbić 12 bramek...
O Franciszku Smudzie: - Trzymał szatnię krótko. Jak wchodził, momentalnie robiła się cisza. Tym razem jednak tradycji nie stało się zadość i jego następca - Marek Bajor - poziomu nie obniżył...
O Marku Bajorze: - Mieliśmy z nim bardzo dobrą rundę. Gdybyśmy zakończyli ją wygraną z Lechem Poznań, to wydźwignęlibyśmy się na szóste miejsce. Pamiętam to dobrze, bo... pechowo strzeliłem samobója. Później, po tragedii trenera, który stracił żonę, bardzo chcieliśmy dać mu choć trochę radości dobrą grą. Dużo o tym rozmawialiśmy. Niestety, nie wyszło.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
05.08.2022
05.08.2022
Bez gola, bez błysku, bez punktów