Kędziora: Dziękuję kibicom za dziewięćdziesiąt minut dopingu
12.03.2014
Wojciech Kędziora podczas meczu z Podbeskidziem był zdecydownie zawodnikiem ambitnym i atakującym ale skuteczności zabrakło... - Wiem, że miałem sytuacje, bo piłka zwyczajnie szukała mnie w polu karnym. Szczególnie bolesny jest brak goli, bo naprawdę dobrze się czułem. Mam jednak nadzieję, że szybko wejdę w meczowy rytm i będę w stanie postawić – już w Chorzowie – kropkę nad i.
Dawno nie widzieliśmy Cię tak nerwowo reagującego na wydarzenia boiskowe! - Pewność powoli wraca, ale wraca też adrenalina. Może faktycznie doszło do kilku spięć z sędzią, szczególnie w jednej sytuacji, jak puścił przywilej, a i tak rywale mieli piłkę. Ale poza tym chciałem mocno motywować kolegów i samego siebie. A że „oberwało” się – tak piłkarsko – rykoszetem arbitrowi… Tak to bywa.
Mówiło się, że remis z Podbeskidziem to porażka dla obu zespołów. To prawda? - Dokładnie. Ten mecz – szczególnie z perspektywy pierwszej połowy – to porażka. Remis nic nam nie dał. Musimy – po pierwsze – zacząć wygrywać u siebie i – po drugie – z rywalami, z którymi toczymy bezpośrednią walkę. Na razie wychodziło to kiepsko, więc trzeba się poprawić! Cel numer jeden to w końcu nastawić celowniki!
To chyba jest konieczne, kibice są już bardzo niecierpliwi i sfrustrowani postawą zespołu. - Kibice odczuwają frustrację i niezadowolenie. Ja ich rozumiem, ale nadto dziękuję za dziewięćdziesiąt minut dopingu. Naprawdę czuło się, że są z nami i to było bardzo ważne. Gdzieś tam pod koniec poleciało od pojedynczych ludzi kilka nieprzyjemnych słów i tyle… Nam naprawdę zależało, żeby zainkasować komplet punktów. Gramy przede wszystkim dla nich i to im chcemy sprawiać radość.
Tworzycie z Rubenem zgrany atak, więc realizacja celu nie powinna być trudna? - Musimy ponownie się „dograć”, zgadza się. Taki automatyzm nie wchodzi od razu po pierwszej minucie. Coś tam między nami się zarysowywało, ale nie na tyle, żeby miało to przynieść efekt. Chociaż nie można odmówić, że zabrakło troszkę szczęścia. Bo okazje były.
Dawno nie widzieliśmy Cię tak nerwowo reagującego na wydarzenia boiskowe! - Pewność powoli wraca, ale wraca też adrenalina. Może faktycznie doszło do kilku spięć z sędzią, szczególnie w jednej sytuacji, jak puścił przywilej, a i tak rywale mieli piłkę. Ale poza tym chciałem mocno motywować kolegów i samego siebie. A że „oberwało” się – tak piłkarsko – rykoszetem arbitrowi… Tak to bywa.
Mówiło się, że remis z Podbeskidziem to porażka dla obu zespołów. To prawda? - Dokładnie. Ten mecz – szczególnie z perspektywy pierwszej połowy – to porażka. Remis nic nam nie dał. Musimy – po pierwsze – zacząć wygrywać u siebie i – po drugie – z rywalami, z którymi toczymy bezpośrednią walkę. Na razie wychodziło to kiepsko, więc trzeba się poprawić! Cel numer jeden to w końcu nastawić celowniki!
To chyba jest konieczne, kibice są już bardzo niecierpliwi i sfrustrowani postawą zespołu. - Kibice odczuwają frustrację i niezadowolenie. Ja ich rozumiem, ale nadto dziękuję za dziewięćdziesiąt minut dopingu. Naprawdę czuło się, że są z nami i to było bardzo ważne. Gdzieś tam pod koniec poleciało od pojedynczych ludzi kilka nieprzyjemnych słów i tyle… Nam naprawdę zależało, żeby zainkasować komplet punktów. Gramy przede wszystkim dla nich i to im chcemy sprawiać radość.
Tworzycie z Rubenem zgrany atak, więc realizacja celu nie powinna być trudna? - Musimy ponownie się „dograć”, zgadza się. Taki automatyzm nie wchodzi od razu po pierwszej minucie. Coś tam między nami się zarysowywało, ale nie na tyle, żeby miało to przynieść efekt. Chociaż nie można odmówić, że zabrakło troszkę szczęścia. Bo okazje były.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
05.08.2022
05.08.2022
Bez gola, bez błysku, bez punktów