„Janek, Janek Kocian” na całą Europę!

11.08.2014
Przeklęte Legia i Lech. Zawsze muszą zrobić coś, co medialnie przykryje Ruch Chorzów. Niebiescy, jak zwykle w cieniu i tradycyjnie po cichu robią swoje. Albo nawet zdecydowanie więcej niż swoje.
Upadł nasz futbol tak nisko, że od Ruchu w pucharach nie oczekiwałem właściwie nic. Odkąd minęły czasy, że dowolna polska drużyna, o dowolnej porze dnia, nocy i roku ogrywa pięcioma bramkami zespoły z krajów uznawanych za piłkarsko dziwne, przyzwyczaiłem się, że do pucharów nasz ligowiec musi się przygotować. To jest zrobić wielkie transfery, mieć szeroką kadrę, dużo pieniędzy. Wtedy może, ewentualnie amatorów mówiących obco przejdzie.

Standardy się obniżyły, więc uważałem, że oczekiwać czegoś od Ruchu byłoby świństwem. Oczekiwać można było od Legii, od Lecha, one miały w pucharach trzaskać punkty. Od Ruchu można było oczekiwać 10. miejsca w lidze w zeszłym sezonie. Skoro zajął trzecie, to i tak zrobił więcej niż ktokolwiek się spodziewał.

Ale już włączając naszą mocarstwowość i naiwność, można by uznać, że przejścia FC Vaduz też trzeba było oczekiwać. W końcu to zespół z Liechtensteinu. Nic to, że drużyna ze szwajcarskiej ekstraklasy, co już brzmi o wiele poważniej. Byłem zaskoczony przebrnięciem Vaduz.

Esbjerg to już zupełnie inna para kaloszy. Jasne, to dalej nie jest drużyna, na myśl o której drżałyby nam kolana, ale w zeszłym roku wyszła z grupy Ligi Europy i odpadła dopiero z Fiorentiną. A że liga duńska stoi odrobinę wyżej od naszej świadczy fakt, że dwie drużyny z tego kraju grają w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.

Ruch awansował szczęśliwie? Na pewno bardzo nie po polsku, bo typowy polski pucharowicz po straconym golu w 85. minucie rewanżu już się nie podnosi. Ale za dużo tych „przypadków” w Chorzowie, żeby mówić, że to przypadki. Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to to już nie jest szczęście. Niebiescy uniknęli w tym pucharowym roku kosztownych wyjazdów za Kaukaz, uniknęli kompromitacji, zrobili więcej niż się ktokolwiek spodziewał. A teraz... Jasne, mogli trafić lepiej. Chciałem Partizana, bo kibice. A piłkarsko najłatwiej byłoby chyba przejść Rio Ave. Lecz Jan Kocian dokonuje w Chorzowie takich cudów, że w awans do fazy grupowej zaczynam już wierzyć. Nadal nie oczekuję, ale wierzę.

Oglądałem sceny radości z Danii i zazdrościłem. Serce rosło. Można jednak awansować do pucharów i nie przynieść sobie i krajowi wstydu, a raczej dać trochę radości. Mam nadzieję, że piosenka „Janek, Janek Kocian...” radośnie śpiewana w Esbjerg wybrzmi jeszcze na paru europejskich stadionach w tym roku. Oczywiście harce w tak wąskim składzie odbijają się na lidze, gdzie Ruch leży nisko, ale ja bym się póki co tym nie przejmował, bo trener Kocian ot tak po prostu nie spuści drużyny z ligi. Martwić zacząłbym się dopiero po ewentualnym awansie do fazy grupowej. Bo wtedy obciążenie może już być faktycznie dla chorzowian za duże.

Tym większy szacunek dla Niebieskich, że przez obie rundy musieli przebrnąć grając wszystkie mecze na wyjazdach. Dalej nie mogę przeboleć tego, co się stało z murawą na Cichej. Ale jak pokazał przypadek Legii, można się było gorzej pomylić, więc nie ma co narzekać. Mam nadzieję, że Ruch ściągnie jeszcze w tym roku na Śląsk wielką piłkę. A nawet jeśli nie – brawo Niebiescy, brawo Jan Kocian.


Michał Trela
Autor jest dziennikarzem Przeglądu Sportowego
Więcej jego tekstów znajdziesz na michaltrela.blog.pl

źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również