Igor Lewczuk chwali: Frankowski jest niesamowity

26.08.2011
Ależ niedopatrzenie działaczy "Jagi"! Igor Lewczuk jest wypożyczony do Ruchu do końca sezonu. Wcale jednak nie będzie musiał wracać do Białegostoku, bowiem... wygasa jego kontrakt z Jagiellonią.
Jesteś wypożyczony z Jagiellonii. Będziesz mógł zagrać w niedzielę, czy jest jakaś klauzula w kontrakcie, która to uniemożliwia?
- Przyznam, że wcześniej się już orientowałem, czy będę mógł zagrać w tym spotkaniu. A dokładnie pierwszego dnia w Chorzowie. Bardzo mi zależało na tym, by zagrać z Jagiellonią. Nie ma co ukrywać, że w meczu przeciwko swojemu byłemu zespołowi cechy wolincjonalne są wyostrzone.

Ciebie pewnie trener motywować nie musi?
- Najpierw trzeba zagrać, trener ma w kadrze dwudziestu kilku zawodników, jest szeroki wybór. A jeśli już wystąpię? Grałem w Jagiellonii przez dwa lata w pierwszym zespole, obroniliśmy się przed spadkiem mając minus 10 punktów, zdobyliśmy Puchar Polski... Nie chcę niczego udowadniać ludziom z Białegostoku, ale wygrana z zespołem, który cię „odpalił” zawsze daje dużą satysfakcję.

Do Ruchu trafiłeś na rok...
- Co ciekawe, po zakończeniu sezonu wygasa nie tylko moje wypożyczenie do Ruchu, ale również kontrakt z Jagiellonią. To małe niedopatrzenie działaczy z Białegostoku. Gdy już złożyłem podpis na umowie z Ruchem, zaczęli dzwonić, mówić, że ktoś zbyt szybko wysłał papiery i zachęcać, bym przedłużył umowę z „Jagą”. Odpowiedziałem, że spieszyć się z tym nie zamierzam.



Chyba zgodzisz się, że Ruch faworytem jutro nie będzie?
- Patrząc na tabelę, Jagiellonia ma dwa razy więcej punktów, zajmuje więc znacznie wyższe miejsce w tabeli i teoretycznie to ona powinna być faworytem. Praktycznie wygląda to tak, że u siebie prezentujemy się całkiem solidnie. Zresztą pokazaliśmy niedawno w meczu z Jagiellonią, że możemy pokusić się o zgarnięcie pełnej puli.

Przed startem rozgrywek wygraliście z "Jagą" w sparingu 4-0. Rafał Grodzicki podkreśla jednak, że o tamtym meczu musicie zapomnieć, wymazać go z pamięci...
- I ma rację! Sparing to sparing. Jagiellonię prowadził inny trener, być może miała gorszy dzień. Poza tym w meczach kontrolnych gra się bardziej otwartą piłkę. Może nie „lajtową”, ale... optymistyczną. Nie przywiązuje się takiej uwagi do defensywy.

W niedzielę musicie być czujni. Jagiellonia ma Tomasza Frankowskiego. No właśnie, co sobie myślisz, kiedy na niego patrzysz?
- Żeby sobie odpoczął, chociaż w meczu z Ruchem (śmiech). A tak poważnie, Tomasz ma niesamowite umiejętności. To gość, który z racji swojego wieku mógłby odcinać kupony, powinien wręcz grać coraz słabiej, a jest odwrotnie! Jego bramka strzelona Koronie, asysta zaliczona w meczu z Cracovią... Jest niesamowity. Ale, jak każdy człowiek, ma swoje słabe strony, które umiejętnie ukrywa.

Jak zatem zatrzymać Frankowskiego?
- Należy grać agresywnie, bo wiadomo, że jest wątłej budowy ciała. Jego atuty to spryt i technika, operowanie piłką. Trzeba „Franka” odciąć od podań. Oczywiście nie w jakiś brutalny sposób.

Jak to zrobić, skoro Ruch ostatnio regularnie traci bramki?
- Żałujemy tym bardziej, że to nie były jakieś składne akcje przeciwników, lecz nasze niewymuszone błędy. Dlatego straciliśmy aż siedem bramek w czterech meczach.

Bijesz się w pierś za utratę pierwszej bramki we Wronkach?
- Nie ma co ukrywać, że tak. Gdybym wybił jakąś „świecę”, albo kopnął w lewo... A tak piłka trafiła w Rafała Grodzickiego i spadła pod nogi zawodnika Lecha. Zresztą chwilę później Matko Perdijić interweniował i znów poznaniacy mieli szczęście.

Dwie porażki z rzędu, atmosfera może na tym cierpieć...
- Wiadomo, że jeśli się przegrywa to trudno, aby w szatni było wesoło. Ale nie ma też stypy. Gdybyśmy się zaczęli zamartwiać, wyszłoby to nam jedynie na minus.

Komu będzie w niedzielę kibicowała rodzina, pochodząca z Białegostoku?
- Na sto procent Ruchowi Chorzów. Jedynie znajomi przysyłają wiadomości, bym zrobił jakiś kiks...

Rozmawiał Krzysztof Kubicki
autor: Krzysztof Kubicki

Przeczytaj również