"Gdybym urodził się później, to zostałbym fanem Górnika, a nie Ruchu"

26.12.2010
- Mój pierwszy mecz na Cichej? 1954 roku. To było przeżycie nie z tej ziemi. Tata szarpnął się i zafundował mi miejsce na trybunie, a to był wtedy pieniądz - wspomina prof. Jan Miodek, kibic Ruchu.
Miodek jest dziś jednym z najbardziej znanych sympatyków chorzowskiego klubu, choć - jak sam przyznaje - gdyby urodził się kilka lat później, trzymałby kciuki za Górnika Zabrze, który akurat wtedy wchodził na ścieżkę sukcesów. - Młodsi ode mnie nimi zostali - zauważa w rozmowie z "Gazetą Wrocławską".

A tak, serce ma niebieskie... - Mój pierwszy mecz na Cichej? W 1954 roku. To było przeżycie nie z tej ziemi. Tata szarpnął się i zafundował mi miejsce na trybunie, a to był wtedy pieniądz. Jak mi ten tłum 30 tysięcy kibiców ryknął, to te ciarki na plecach czuję do dziś. Pamiętam żółtą piłkę, i bramkę, którą zdobył piękną główką Henryk Alszer, po dośrodkowaniu Cieślika. Ruch wygrał wtedy z Legią 1-0. Widzę do dziś ten czarny trykot broniącego w Legii Edwarda Szymkowiaka, żółty sweter i czerwone spodenki Ryszarda Wyrobka, który stał w bramce Ruchu. Ale cały czas patrzyłem tylko, gdzie Cieślik. No, on był bogiem dla nas - opowiada.

Od jego ostatniej wizyty na trybunach stadionu w Chorzowie niebawem minie z kolei już 10 lat... - To było, kiedy nasz PZPN wymyślił rozgrywki grupowe w 2001 roku. Siedziałem wtedy obok Gerarda Cieślika. Spiker meczu i kibice ciepło mnie przywitali, bo wiedzą, że jestem zwariowanym kibicem Ruchu. Ale Ruch poniósł sromotną klęskę i przegrał z Legią 0-4. Mnie się ten wynik przyśnił w noc poprzedzającą mecz! Do przerwy było 0-2 i poszliśmy na kawę. Pan Gerard mówi: "może wyrównomy?". Ja mówię: "nie wyrównocie. Jeszcze dwie bramki Legia strzeli, bo mi się to wyśniło". I niestety, sprawdziło się - kręci głową.
źródło: Gazeta Wrocławska / niebiescy.pl

Przeczytaj również