FELIETON: Tour de Pologne znów w Katowicach… Ktoś jeszcze się cieszy?

01.08.2014
Dla polskich fanów kolarstwa ten sezon jest wyjątkowy. Praktycznie we wszystkich wielkich wyścigach biało-czerwoni są widoczni i coraz głośniej o nich w świecie. Rośnie więc grono fanów Flowermana, a od kilku tygodni mamy do czynienia z Majkomanią. Ci drudzy, w środę wylegną pewnie licznie na ulice Katowic.
Oglądam kolarstwo od dziecka. Pamiętam, jak Zenon Jaskuła wygrywał etap w Tour de France i jak stawał na podium wyścigu, a lepsi od niego byli tylko absolutnie wielcy Indurain i Rominger. Płakałam, gdy Armstrong w górach demolował rywali i później, gdy wydało się, jak wielkim był oszustem. Przez lata z zapartym tchem śledziłam wielkie wyścigi… i czekałam. Doczekałam się przed rokiem. Polacy wreszcie zaczęli odgrywać znaczące role w peletonie. Przestali być tylko „domestiques”, jak nazywa się pomocników pracujących na liderów. Najpierw Majka w Giro, później Kwiatkowski w TdF… nareszcie!

Ten sezon już przerósł moje wszelkie oczekiwania. „Kwiato” świetny w wiosennych klasykach, Majka walczący do ostatnich dni o zwycięstwo we Włoszech i wreszcie obaj kapitalnie spisujący się w Wielkiej Pętli. Szkoda, że w Tour de Pologne zobaczymy tylko jednego z nich. Mogłaby to być niezapomniana rywalizacja dla polskich kibiców.

Nasz największy wyścig rusza w niedzielę, w środę po raz kolejny zawita na Śląsk – w Katowicach zakończy się czwarty etap. Kolarze przejadą przez miasto kilka razy, kamery Telewizji Polskiej wielokrotnie pokażą najsłynniejsze budynki, a także – a może przede wszystkim – banery sponsorów. W ten sposób być może zwrócą się pieniądze wydane na sprowadzenie wyścigu na ulice Katowic. 

Czesław Lang jest duszą i sercem największego polskiego wyścigu, ale nie jest filantropem. Tour de Pologne przez ostatnie lata stał się tourem z prawdziwego zdarzenia, zaliczanym do największych na świecie i ogromna w tym zasługa jego dyrektora. Jednocześnie organizacja tak dużego wyścigu wymaga naprawdę dużych nakładów finansowych, a ważną pozycję w budżecie TdP stanowią pieniądze od miast-gospodarzy. Śląskie miasta dokładają sporo i regularnie. Szczególnie Katowice, gdzie kolarze pojawią się po raz piąty z rzędu. I nie wszyscy są z tego powodu zachwyceni.

Każdego roku tuż przed wyścigiem pojawiają się głosy, że Katowice mogłyby te środki spożytkować inaczej (czytaj: lepiej). Że ściganie na rowerach mało kogo interesuje i że wydaje się tyle pieniędzy tylko po to, by kolarze parę razy przejechali się po mieście, przy okazji paraliżując ruch na kilka godzin.

Patrząc z tej perspektywy – po co Katowicom mistrzostwa świata w siatkówce? Też dużo kosztują, a nie każdy lubi siatkówkę… Po co turniej WTA? Wreszcie po co GieKSa, do której miasto tyle dokłada (a wkrótce dołoży kolejne 4 miliony)? Albo koncerty, festiwale czy wystawy… Idąc tym tropem dojdziemy do wniosku, ze włodarze wydają bardzo dużo pieniędzy na „przyjemności”, a mogliby za to budować szkoły czy drogi.

Oczywiście, pisząc te słowa świadomie przesadzam. Bo jednego interesuje wystawa, drugiego mecz z Widzewem, a trzeciego siatkarskie święto w Spodku. I z pewnością znajdzie się wielu takich, którzy będą chcieli zobaczyć na żywo nie tylko Rafała Majkę, Przemysława Niemca czy Sylwestra Szmyda, ale także Damiano Cunego, Fabio Aru, Rydera Hesjedala i wielu, wielu innych. Ja chcę ich zobaczyć. I na pewno tam będę.


Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również