FELIETON: Sport i polityka… Naczynia połączone

14.11.2014
Nie przepadam za wyborami. I nie mam tu na myśli samej wyprawy do urn i głosowania, bo wszyscy chyba rozumiemy, że to ważne i potrzebne. Chodzi mi o czas przedwyborczy, kampanie i zalewający nas z każdej strony potok obietnic. Już nie wspomnę o konieczności przepytywania wszystkich swoich rozmówców o to, czy czasem nie kandydują…
Sportowcy coraz częściej wchodzą do świata polityki. Nie widzę w tym nic złego. Po zakończeniu kariery mogą spożytkować swoje doświadczenie zdobyte na światowych arenach, często mają odpowiednie znajomości i potencjał, by zrobić coś dla ludzi. Jeśli mają odpowiednią wiedzę albo chęć, by ją zdobyć – nie ma problemu. Niestety, nie brakuje i takich, którzy chcieliby zwyczajnie zaistnieć dzięki popularności. Bo jest okazja, bo ktoś im powiedział, że mają szansę, bo nie mają na siebie innego pomysłu. Bez nazwisk – było ich wielu, wypływają przy każdych wyborach.

Sport i polityka są ze sobą nierozerwalnie związane. Z prostej przyczyny – pieniądze. W naszym regionie jest bardzo niewiele sportowych klubów niezależnych od miejskiej kasy – dosłownie kilka, które bez publicznych pieniędzy byłyby w stanie funkcjonować. Większość utrzymują miasta i z tej choćby przyczyny ich los jest w dużej mierze uzależniony od widzimisię rządzących miejskim budżetem. Przykładów nie brakuje. Gdzie dzisiaj byłby Ruch, Górnik czy GieKSa bez pieniędzy z miasta? Wiele klubów dawno by upadło.

Ma to oczywiście i swoje złe strony. Kilka dni temu byłam świadkiem nieprzyjemnej sceny – po niezbyt udanym meczu trener drużyny zamiast udać się do szatni i porozmawiać z zawodnikami ze spuszczoną głową wysłuchiwał, co ma mu do powiedzenia prezydent miasta. Stałam na szczęście wystarczająco daleko, by nie słyszeć ani słowa z tej tyrady, ale łatwo było się domyślić, że nie chwali jego pracy ani nie zaprasza go na kawę… Było mi naprawdę przykro, że w tym uczestniczę.

Z drugiej strony – sport jest świetną promocją dla polityków. Władze dbające o kluby i obiekty sportowe niespecjalnie muszą się martwić o kolejne kadencje. Zresztą ze znaczenia sportu zdają sobie sprawę- wystarczy wybrać się na jakikolwiek stadion tuż przed wyborami – na trybunach tłumy polityków…

Mam wątpliwości, czy kandydować powinni czynni sportowcy. Kadencja trwa cztery lata, a który z nich może z całkowitą pewnością stwierdzić, gdzie za te cztery lata będzie? Transfery, różne kluby, czasem na drugim końcu Polski… jak wtedy wypełniać swoje obowiązki? Konieczny będzie wybór między karierą polityczną i sportową?

Celowo nie poruszam tematu predyspozycji sportowców do zajmowania się polityką. Wiadomo – są różni. Każda kampania przynosi szereg anegdot o kandydatach, którzy startują w wyborach, a nie mają zielonego pojęcia o tym, co mieliby robić. Sportowcy nie są tu odosobnieni.

Na listach wyborczych aż się roi od nazwisk znanych z boisk, lodowisk czy parkietów. Mam nadzieję, że ci, którzy zostaną wybrani (a pewnie tacy będą) udźwigną tę odpowiedzialność i będą w stanie zrobić coś nie tylko dla siebie, ale i dla ludzi.


Olga Rybicka

Reporterka sportowa
TVP Katowice



źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również