FELIETON: Ruch znów ratuje honor polskiej piłki w Europie…

08.08.2014
Polski kibic futbolu nie należy do tych rozpieszczanych – to oczywiste. Musi mieć wyjątkowo grubą skórę i mocną psychikę. I mnóstwo samozaparcia. Bo ani mundial, ani mistrzostwa Europy, ani puchary… Nic. Zero sukcesów. I tak od lat.
Wczorajszy dzień śmiało może kandydować do miana „czarnego czwartku” polskiej piłki. Chorzowski horror w Danii, poznańska żenada i wreszcie dramat Legii. Kartkowego zamieszania wokół Bereszyńskiego nie zamierzam komentować – przepisy i regulaminy to rzecz święta, a jeśli w tak wielkim i świetnie zorganizowanym klubie nie miał kto dopilnować tak ważnej kwestii i popełnili taki błąd, to sami są sobie winni (swoją drogą w Glasgow dobrze kombinują – rozpaczliwie szukali szansy na powrót do gry i zgłaszali protesty na prawo i lewo. Poskutkowało – wygląda na to, że zagrają w LE kosztem Szwajcarów z FC Sion).

Co do Kolejorza – cóż, Lech za czasów trenera Rumaka tak właśnie gra w pucharach i nikt chyba w Poznaniu nie powinien specjalnie się dziwić. Nie pierwsza to wstydliwa klęska i teraz od klubowych działaczy zależy, czy ostatnia.

A Ruch? Ruch robi swoje. Po bezbramkowym remisie u siebie (choć nie wiem, czy w ten sposób można określać stadion w Gliwicach) Niebiescy w rewanżu nie byli faworytem i z pewnością przeżyli w Danii sporo nerwowych chwil. „Sporo nerwowych chwil” – to chyba zbyt delikatnie powiedziane. Byli już przecież praktycznie za burtą: jedną nogą i tułowiem. Szczęśliwie głowa była po dobrej stronie, konkretnie: głowa Łukasza Surmy. To właśnie „Pan 453” – jak nazwał go dziś pewien znajomy dziennikarz – dał chorzowianom zwycięski remis i awans do kolejnej rundy.  

Teraz poprzeczka zdecydowanie powędruje w górę. Ruch znalazł się o krok (żeby być precyzyjnym – o dwa) od fazy grupowej Ligi Europy, a na tym etapie nie brakuje naprawdę uznanych firm. Tottenham, Inter, Trabzonspor… aż się w głowie kręci. I nawet jeśli kolejny rywal okaże się przeszkodą nie do przejścia, to i tak Niebiescy sporo już wygrali, dużo więcej niż można by przypuszczać. Przede wszystkim – finansowo. Pucharowy licznik Ruchu zatrzymał się na razie na 420 tysiącach. Euro! Takich pieniędzy nie oglądają przy Cichej zbyt często i z pewnością szybko znajdą sposób, by je zagospodarować. Będzie na przykład na opłacenie... najmu stadionu w Gliwicach.

A propos stadionu… Gdyby Ruch już po dwumeczu z Vaduz pożegnał się z marzeniami o europejskich pucharach, wyobrażacie sobie, przez ile przypadków odmieniano by w mediach słowo „murawa”? Temat tymczasem szybko się wyczerpał, zastąpiony pochwałami. Zasłużonymi. Bez względu na styl – Niebiescy pozostają w grze. 

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że równolegle toczą się rozgrywki ligowe, a w nich Ruch… nie zachwyca. Właściwie to spisuje się beznadziejnie. Trzy mecze, trzy porażki, jedna zdobyta bramka. Właściwie to zrozumiałe. Trener Kocian dysponuje wąskim składem, liderzy w większości mają już swoje lata i dwa spotkania w tygodniu to dla nich spore obciążenie. Nawet Legia dysponująca przecież kilkakrotnie większym budżetem i dużo mocniejszym zespołem ma w lidze problemy. Aktualnym mistrzom Polski będzie jednak łatwiej te straty odrobić, dla chorzowian seria porażek może oznaczać w dalszej perspektywie walkę o utrzymanie w ekstraklasie.

Przed Niebieskimi jeszcze minimum dwa mecze, co oznacza, że ułatwione zadanie będą mieć w Krakowie i Gliwicach (kolejnymi rywalami chorzowian w lidze będą Wisła i Piast), a potem może jeszcze w Poznaniu, Gdańsku… A gdyby Ruch awansował do fazy grupowej? Historyczny sukces w pucharach i spadek do pierwszej ligi? Tak daleko w przyszłość lepiej nie wybiegać…

Bez względu na wydarzenia na krajowym podwórku chorzowianie mają powody do dumy. I dziś pewnie myślą o dobrym losowaniu, a nie o ewentualnych ligowych konsekwencjach. Może to i dobrze.


Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice
 
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również