FELIETON: Ruch na Cichej, to pójście na łatwiznę

10.02.2014
W grudniu miałem wrażenie, że w Chorzowie jednak poszli po rozum do głowy i zdecydowali racjonalnie, że miejsce Ruchu jest na Stadionie Śląskim. Konflikt jednak – o zgrozo – rozgorzał na nowo.
W kwestii – zaznaczmy od razu: kontrowersyjnej – gdzie powinien docelowo grać Ruch, wydaje mi się, że mam nad uczestnikami dyskusji tę przewagę, że za bajtla nie chodziłem co dwa tygodnie do świątyni na Cichej i nie uganiałem się z niebieskim szalikiem po osiedlach, czyli jednym słowem nie byłem kibicem Ruchu. A to ułatwia oderwanie się od perspektywy pt: „Ruch ma grać na Cichej, bo zawsze tam grał, tam jest jego dom i basta!“.

Jak słusznie zauważa prezydent Andrzej Kotala, Chorzów się wyludnia i ze 110 tysiącami mieszkańców jest drugim – po Lubinie – najmniejszym miastem z ekstraklasowym klubem piłkarskim. Wniosek dla prezydenta: trzeba wybudować dwa stadiony. Jeden duży, a drugi mały. Wniosek dla mnie: skoro budujecie już duży stadion, to po co budować jeszcze drugi?

Gdyby Chorzów był jakimś Kleszczowem, najbogatszą gminą w Polsce, gdyby nie było już w nim naprawdę nic do zmodernizowania, wtedy można by się decydować na fanaberię – bo to fanaberia – jaką byłoby budowanie drugiego stadionu, bo jest „bardziej dopasowany do potrzeb Ruchu“. Skoro jednak raczej tak nie jest (a nawet na pewno), coś trzeba wybrać. Dla mnie zasadna byłaby dyskusja czy warto budować Stadion Śląski, a nie lepiej tylko Cichą? Ale takiej dyskusji nie ma, bo Stadion Śląski jest budowany w większości z innych pieniędzy i nie ma tematu, by kiedyś tam w przyszłości nie powstał. A skoro powstanie, to byłoby grubym marnotrawstwem pieniędzy, budowanie drugiego stadionu.

Gra Ruchu Chorzów na Stadionie Śląskim sprawiłaby, że ten obiekt by żył. Przy konkurencji gdańskiej, wrocławskiej, poznańskiej i warszawskiej, nie będzie już tak jak kiedyś, że każdy większy artysta przyjeżdżał do Chorzowa i każdy ważniejszy mecz reprezentacji odbywał się na Śląskim. Teraz o imprezy będzie naprawdę ciężko. Oczywiście, zaletą Chorzowa może być bieżnia lekkoatletyczna, ale ile razy w sezonie zapełni to stadion? Raz, dwa razy? Obecność ligowej drużyny piłkarskiej pozwalałaby temu obiektowi żyć.

Ze strony kibiców Ruchu i miasta padają regularnie argumenty, że Ruch nie będzie w stanie tego stadionu zapełnić. Dla mnie to minimalizm w czystej postaci. Owszem, Chorzów nie jest dużym miastem, ale Ruch jest dużym klubem, mającym kibiców i sympatyków w całym województwie. Choćby statystyki SportSlaski.pl pokazują, że spokojnie znajdzie się w regionie te 50 tysięcy osób, które jako drużynę pierwszego wyboru wskażą Ruch. Ruch jest jednym z dwóch największych klubów 4-milionowej aglomeracji. Nie ma argumentów, które mnie przekonają, że w 4-milionowym regionie ze wspaniałymi tradycjami piłkarskimi, w ekstraklasie sportu numer jeden w naszym kraju, nie da się ściągnąć 40-50 tysięcy ludzi na stadion jednego z dwóch największych klubów. Ludzie!

Podaje się przykłady innych miast, gdzie wielkie stadiony są puste. A ja pytam, dlaczego porównywać się do tych, którzy nic nie zrobili, by je zapełnić? Widziałem na własne oczy 30-tysięcy osób na stadionie 3-tysięcznego Hoffenheim. Nie da się? Trzeba pytać co zrobić, że się udało. To oczywiście ciężka robota, wymagająca całkowitej zmiany myślenia o klubie jako biznesie piłkarskim na wszystkich jego szczeblach, konieczność zdecydowanego wyjścia do kibiców, konieczność stworzenia atmosfery wokół klubu, konieczność stworzenia atrakcji okołomeczowych, wreszcie konieczność stworzenia naprawdę dobrej drużyny i ja oczywiście tego w Ruchu dzisiaj nie widzę (na pocieszenie – w bardzo niewielu polskich klubach to widzę), ale mówienie, że się nie uda, to dla mnie lenistwo. Jeżdżą na staże trenerzy, niech pojadą działacze i pracownicy klubów. Niech zobaczą, co się robi, żeby się dało.

Dla Ruchu możliwość przeskoczenia z ciasnego i starego stadionu na duży i – miejmy nadzieję – nowoczesny obiekt to szansa na zrobienie wielkiego kroku do przodu. Jasne, przez lata będą pewnie pustki, ale jednak nie tak dawno udało się ściągnąć na derby z Górnikiem komplet widzów. Czyli da się. Teraz pytanie, jak to zrobić, by ci ludzie przyszli też na mecz z Jagiellonią. W gruncie rzeczy, im dłużej będą pustki, tym bardziej organizacja meczów będzie uderzać władze po kieszeni. Zacznie je więc zmuszać do szukania sposobów na zarobienie na dniu meczowym.

Generalnie uważam, że na mówienie o za dużych stadionach w Polsce jest za wcześnie. To są budowy i inwestycje na lata, więc trzeba myśleć, jaki dany klub ma POTENCJAŁ kibicowski, a nie obecne możliwości. 30-tysięczny stadion w Augsburgu w momencie oddawania go do użytku był za duży, bo na mecze II-ligowego Augsburga chodziło po 10 tysięcy ludzi, którzy pod nosem mieli Bayern Monachium. Ale pięć lat później na mecze I-ligowego Augsburga chodzi 30-tysięcy ludzi. Gdyby pięć lat temu ktoś oszacował liczbę miejsc według ówczesnych możliwości, a nie potencjału, to dziś trzeba by było przebudowywać stadion drugi raz.

Więc zamiast pogarszać wizerunek Ruchu w oczach potencjalnych sponsorów, mówiąc, że klub wcale nie ma tych kibiców tak dużo, jak się wydaje, lepiej ucieszyć się z możliwości dokonania milowego kroku i zakasać rękawy do budowania prawdziwie profesjonalnego klubu, który ściągnie na trybuny nie tylko kibiców, ale też klientów. Dyskusja o stadionach Ruchu jest dla mnie dyskusją o tym, jakie są ambicje jego. Czy chce znów coś znaczyć w Polsce i Europie czy tylko być coraz bardziej zaściankowym klubem, za to z zawsze pełnym stadionem, w miejscu, w którym ten od zawsze stał.


Michał Trela

Autor jest dziennikarzem „Przeglądu Sportowego“. Więcej jego tekstów znajdziesz na michaltrela.blog.pl
 
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również