FELIETON: Ręka Boga w Gliwicach – Ruch ratuje honor polskich zespołów w pucharach…

18.07.2014
Przeskok z mundialu na rodzime boiska jest naprawdę trudny. Jeszcze przed kilkoma dniami myślami byłam w Brazylii i zastanawiałam się, czy nasza droga reprezentacja mogłaby tam z kimś wygrać… z kimkolwiek. Wystarczyły dwa dni z europejskimi pucharami i tamte rozważania wydają się zupełnie zbędne…
Eliminacje Ligi Mistrzów i Ligi Europy dosadniej nawet niż występy reprezentacji pokazują nam nasze miejsce w szeregu. Miejsce bardzo dalekie. To, że podopieczni trenera Nawałki z bliżej nieokreślonych powodów awansowali ostatnio w rankingu FIFA (swoją drogą nie mam zielonego pojęcia, jak to się mogło stać) nie znaczy, że w europejskim futbolu cokolwiek znaczymy. Nie zamierzam się tu pastwić nad Legią czy Lechem, choć swoją tegoroczną inauguracją przyniosły nam sporo wstydu, ani nad Zawiszą, który po prostu zagrał na miarę swoich możliwości. Inni zrobią to za mnie dużo dosadniej (już sobie wyobrażam te nagłówki w prasie…).

Jedynym pozytywnym pucharowym akcentem jest zwycięstwo Ruchu. Tak: Ruch wypadł lepiej od Legii i Lecha, dużo lepiej. Przede wszystkim dokonał tego, co nie udało się pozostałym: WYGRAŁ. I jutro nikt nie będzie pamiętał, że stracił dwie bramki (sam zdobył cztery licząc samobójcze trafienie Surmy), że momentami pozwalał rywalowi zdecydowanie na zbyt wiele, kiepsko prezentując się w obronie, wreszcie, że grał w Gliwicach dla garstki widzów. I że Stawarczyk przy pierwszym golu pomagał sobie ręką.

Ruch zdecydowanie ma pod górkę. Po sukcesie, jakim niewątpliwie było zakończenie sezonu na trzecim miejscu i awans do europejskich pucharów, drużynę… osłabiono. Bo w perspektywie gry na dwóch frontach transfery chorzowian ciężko nazwać wzmocnieniami. Otwarcie mówi o tym zresztą trener Kocian – przyznał przed kamerą, że zawodnicy, którzy przyszli na Cichą, jeszcze sporo muszą się  nauczyć i wzmocnieniem drużyny będą za kilka lat.

No i jeszcze ten stadion… taka afera na kilka dni przed sezonem! Osobiście nie znam się na patogenach, ani na zarazach żywiących się trawą, ale – szczerze mówiąc – ktoś powinien za to odpowiedzieć. Chociaż pewnie okaże się, że winnych nie ma.

Tu muszę pochwalić działaczy „Niebieskich”, którzy praktycznie w ciągu trzech dni zorganizowali przenosiny do Gliwic. Szkoda, że tego meczu nie mogła obejrzeć liczniejsza publiczność, bo był naprawdę niezły. A następnego może już nie być, bo dwie bramki zdobyte na wyjeździe stawiają beniaminka szwajcarskiej ekstraklasy w bardzo dobrej sytuacji.

Swoją drogą to dość zabawne. Biedny klub bez własnego boiska jako jedyny wygrał swój mecz i to wcale nie dlatego, że miał najsłabszego rywala. Bo ci byli podobni w przypadku wszystkich zespołów, może oprócz ciut mocniejszego belgijskiego Zulte Waregem. „Kelnerzy” – to określenie zwykle w okolicach pierwszych rund eliminacyjnych w pucharach robi karierę. Otóż, jak widać kelnerów w piłce już nie ma.

Ruch po raz trzeci gra w pucharach i zawsze wiązało się to ze słabszym sezonem w lidze, praktycznie z walką o utrzymanie. Teoretycznie nietrudno to zrozumieć – klubu nie stać na szeroką kadrę, a w zespole nie brakuje zawodników „doświadczonych”, dla których podwójna dawka meczów to zbyt wiele. Tylko, że… w przypadku naszych drużyn łączenie ligi z pucharami trwa zazwyczaj najwyżej miesiąc. Więc czasu na odrobienie ewentualnych strat w ligowej rywalizacji jest sporo.

Tak czy inaczej jestem ciekawa, jak „Niebiescy” zaprezentują się w niedzielę we Wrocławiu, jak zaczną sezon. Bo dobry start jest niezwykle istotny. I czy wreszcie dadzą znać o sobie chorzowscy napastnicy, których we wczorajszym meczu wyręczył do spółki z Markiem Zieńczukiem, Piotr Stawarczyk. Nawet jeśli pomógł sobie ręką.


Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice
 
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również