FELIETON: Nikt nie zatrzyma Ruchu! Do lipca...

10.03.2014
Od momentu przejęcia Ruchu przez Jana Kociana zastanawiałem się, gdzie to się skończy, kiedy runie. Dziś myślę, że dopiero w lipcu, gdzieś w Azerbejdżanie.
Ostatnie pół roku spędziłem w Niemczech, oglądając tydzień w tydzień 1. i 2. Bundesligę. Choć śledziłem jedne z najlepszych rozgrywek świata, za ekstraklasą tęskniłem i w lutym cieszyłem się na jej i mój powrót. Entuzjazm trwał całe cztery mecze, skończył się w pierwszej połowie starcia Wisły z Ruchem. Siedziałem przy Reymonta i stwierdziłem, że to nie jest futbol, a jakaś jego karykaturalna odmiana. Grały dwa czołowe zespoły ligi, drużyny, które mają solidnych trenerów i niby jakąś myśl, a obrońca (Brożek) wypuszczał napastnika rywala (Kuświka) prostopadłymi podaniami, które jednak nie kończyły się golem, ani nawet strzałem, bo napastnik nie umiał przyjąć piłki. Słyszałem, że to niby niezły mecz, ale ja czułem fizyczny ból i tęskniłem za jakimś meczem na dnie tabeli 2. ligi niemieckiej. Umiejętności piłkarskich było tam tyle, co kot napłakał. A nie płakał wcale.

Głupio wyszło. Druga połowa była naprawdę świetna. Może nie piłkarsko, ale oglądało się to znakomicie i z zapartym tchem. Ruch pokazuje, że w tej lidze możesz nie mieć pieniędzy, nie mieć stadionu, co roku drżeć o licencję, nie dokonywać znaczących transferów, mieć niedouczonych piłkarzy, ale gdy masz trenera, możesz osiągnąć wszystko. Po żadnej drużynie w lidze – może oprócz Górnika Zabrze – nie widać tak ręki trenera, jak po chorzowianach. Ruch to dziś najlepiej zorganizowana drużyna, w której każdy ma do wykonania prosty kawałek zadania, wie co ma robić, robi to na ile umie i bardzo dobrze biega. Dość powiedzieć, że w końcówce meczu kontrę wyprowadziło trzech zawodników, a trzech innych na pełnym gazie ruszyło do przodu. W standardowej polskiej drużynie, wszyscy by patrzyli, jak też sobie ci trzej poradzą.

Sądzę, że w tej lidze umiejętności piłkarskie są na mocno zbliżonym poziomie. Dominująca pod każdym względem oprócz piłkarskiego Legia Warszawa, niby powinna rywali roznosić jak Bayern, a z każdym gra, jak równy z równym. Wszyscy grają to samo, dlatego nie widzę powodów, dla których Ruch nie miałby walczyć o mistrzostwo Polski. Mając trenera i organizację gry, może wszystko.

Ruch Fornalika z ostatnich lat miał charakterystycznych, wybijających się napastników. Najpierw Sobiecha z Niedzielanem, potem Piecha z Jankowskim. Dzisiaj akcenty są przesunięte do tyłu. Jasne, Kuświk rozgrywa sezon życia, ma już na koncie 10 goli i pokazuje, że słowa Smudy o nim owszem były przesadzone, ale nie aż tak bardzo, jak się wydawało. W Ruchu najwięcej znaczą dziś Daniel Dziwniel i weterani. Dziwniel jako młody lewy obrońca może zrobić karierę, czytaj trafić gdzieś do 2. ligi niemieckiej. Dobrze broni, dobrze atakuje, dobrze biega i 9/10 dośrodkowań w pełnym biegu ma celnych, podczas gdy większość bocznych obrońców w Polsce ma odwrotne statystyki. Z weteranami jest dziwna sprawa. Ruch nie jest wyjątkiem, niemal w każdej drużynie ktoś ponad 30-letni jest wiodącą postacią, nazywa się go profesorem. Tylko kwestia doświadczenia czy jednak umiejętności? 10 lat temu Malinowski i Surma to była ligowa szarzyzna. Dziś to czołowe postaci czołowej drużyny. Za 10 lat profesorami będziemy nazywać Krzysztofa Króla i Szymona Drewniaka?

Żeby nie było, mam dla Malinowskiego i Surmy wielki szacunek. Tak, jak dla całego Ruchu. Dla trenera Kociana, dla Buchalika, którego ze słabym bramkarzem grającym niegdyś w Lechii Gdańsk łączy tylko imię i nazwisko. Niech Ruch idzie, nie boję się tego napisać – na mistrza. Co dalej? Marcin Mięciel stwierdził ostatnio, że nie chciałby widzieć Ruchu w pucharach dla dobra polskiej piłki. Dla dobra polskiej piłki, lepiej byłoby nie widzieć nikogo w pucharach. Ale jak już musimy, to dlaczego niby większe nadzieje na wynik miałaby rokować Wisła, Pogoń czy Lech?

Następne problemy dla Ruchu przewiduję dopiero w Azerbejdżanie czy w Kazachstanie. Tam już trzeba będzie pokazać coś więcej niż dobrą organizację gry. Ale Wisła, Legia czy Lech nie mogą pokazać nawet tego, więc o czym mówimy?


Michał Trela
Autor jest dziennikarzem „Przeglądu Sportowego“. Więcej jego tekstów znajdziesz na michaltrela.blog.pl
 
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również