FELIETON: Janowicz a sprawa śląska

07.04.2014
Nie chciałem się zajmować Janowiczem, bo netykieta mówi, żeby nie karmić trolla. Ale jednak jego wiadoma wypowiedź była w jakiś sposób typowa dla całego świata naszych sportowców. Także naszych, śląskich.
Żałość tej wypowiedzi biła z każdego słowa, ale naprawdę nie ma co się nad tym specjalnie rozwodzić, bo to tylko sprytny sposób odwrócenia uwagi od porażki z 17-latkiem z trzeciej setki rankingu. Rozkapryszone Jerzyki nie potrafią przegrywać, więc gdy przegrywają mówią szybciej niż myślą i strzelają słowami wszędzie wokół. Potem próbuje się to jeszcze obracać w zaletę, bo „jest taki szczery i mówi, co myśli“. Nie uważam, żeby to było zaletą. Zaletą jest nie wypowiedzieć głupiej myśli na głos.

Ale obrażania się o oczekiwania jednak się uczepię, bo Janowicz nie jest jedyny. Bardzo wielu sportowców w różnych dziedzinach i na różnym poziomie myśli, że oczekiwania ma prawo mieć „mama, tata, trener“.

Powtarzane na naszych stadionach hasło: „Piłka nożna dla kibiców“, straciło swój pierwotny sens. Dziś krzyczy się je, gdy nie pozwala się odpalić racy. Ale piłka nożna, jak każdy inny sport, jest dla kibiców. I to nie jest populizm, naprawdę. Zresztą zawsze mówię, że na drzewach zamiast liści będą wisieć... populiści. Więc jakbym kiedyś zabłądził, to mnie powieście.

Ale wielu naszym sportowcom brakuje świadomości bycia aktorami. Odgrywania pewnego widowiska. Powtarzają, jak mantrę ligowi trenerzy: „Styl jest nieważny, liczy się wynik.“ „Za wrażenia artystyczne punktów nie dają“. I jest to na pewno prawda. Tak można jednak powiedzieć czy w ogóle pomyśleć, dwa razy w sezonie, w ostatnich dwóch kolejkach, gdy jest ryzyko, że poprzez dbałość o styl zaprzepaścimy wysiłek całego sezonu.

Generalnie jednak sportowiec powinien przez całe życie trenować nie dla siebie, pieniędzy, taty, mamy, dziewczyny czy trenera. O kibica taki człowiek powinien zabiegać. O niego się starać. Pusty stadion powinien być dla niego nie dowodem, że kibice są do niczego, ale że on sam jest do niczego.

Nie znam żadnego kibica, który oczekiwałby od sportowca porażki. Kibic zawsze ma oczekiwania, by wygrać. Nawet jeśli Rozwój Katowice gra z Legią Warszawa, jeśli jedni piłkarze są po szychcie, a drudzy jeżdżą Porsche, nawet jeśli nie będziemy krzyczeć po porażce chłopaków ze Zgody: „Nie chce się grać, to spier...ć“, bo rozumiemy dysproporcję, to i tak w skrytości ducha idziemy zobaczyć, jak sprawiają sensację. Taka jest natura kibica.

Czasy, kiedy wobec Janowicza oczekiwania mieli prawo mieć tylko najbliżsi, minęły z chwilą, gdy pierwszy raz ktoś zapłacił za bilet, by go obejrzeć.

Nie możemy popadać w skrajności. Kupno biletu nie uprawnia do wylewania życiowych frustracji na sportowca. Ale uprawnia do oczekiwania dobrego występu i bycia rozczarowanym występem złym.

Piast Gliwice zderza się od lat z problemem zapełnienia stadionu. Ten sam problem zaraz będą miały Podbeskidzie, Górnik Zabrze, GKS Tychy i – w dalszej przyszłości – GKS Katowice czy Ruch Chorzów. Mądre głowy zastanawiają się lub będą zastanawiać, jak ściągnąć na trybuny ludzi. Akcje marketingowe, zapraszanie dzieci, plakaty na mieście itd., to wszystko jest potrzebne. Ale pierwszy krok mają do zrobienia nasi piłkarze i trenerzy. Świadomi wszechobecnych oczekiwań, powinni przynajmniej próbować wyjść i dać rozrywkę ludziom, którzy przyszli ich oglądać, po to by tydzień później nie wybrali jednak kina. Świadomi wartości kibiców. Najważniejsi są piłkarze, bo bez nich nie odbędzie się żaden mecz, a bez kibiców już tak. Ale kibice są tylko trochę mniej ważni. Bo bez nich na dłuższą metę można rozgrywać tylko mecze amatorskie, gdzieś w parku. Tylko piłkarz, którzy nie chce za grę w piłkę dostawać pieniędzy, może mieć kibica gdzieś.

Tej świadomości polskim sportowcom ogółem życzę. Podbeskidzie zrobiło w piątek pierwszy krok. Po serii żenujących zwycięstw, żenujących remisów i żenujących porażek zagrało mecz, po którym żal było wychodzić ze stadionu. Ma rację trener Ojrzyński, mówiąc, że jak Podbeskidzie będzie tak grać, to zapełni stadion. Tak, bo tu nie chodzi tylko o poziom, ale też o podejście. Nawet najbardziej zręczny marketing nie wytworzy mody na klub, jeśli na mecze nie będzie się dało patrzeć. I to jest dobra droga. W gruncie rzeczy po remisie Podbeskidzia 3-3 wyszedłem bardziej zadowolony niż po wygranej z Widzewem po naciąganym karnym.


Michał Trela
Autor jest dziennikarzem Przeglądu Sportowego.
Więcej jego tekstów znajdziesz na michaltrela.blog.pl
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również