"Fani Ruchu mają czasami taki temperament, jak mieszkańcy Hiszpanii"

19.09.2014
Jan Kocian od roku jest szkoleniowcem Ruchu Chorzów. W naszym kraju szybko wyrobił sobie markę, jeszcze szybciej zyskał uznanie fanów "Niebieskich". - To był bardzo intensywny rok - przyznaje Słowak.
Łukasz Laskowski/Pressfocus
Kocian zastąpił na stanowisku trenera Ruchu Jacka Zielińskiego, któremu początek sezonu wybitnie nie wyszedł. Jego drużyna w siedmiu meczach wygrała tylko raz i zajmowała trzecie miejsce od końca, czyli... sytuacja była podobna do tej, jaka jest obecnie. Słowak błyskawicznie odmienił zespół, który zaczął wygrywać i ostatecznie stanął na podium ekstraklasy.

- Gdy podpisałem umowę, musiałem błyskawicznie osiągnąć z zespołem dobre wyniki. Profesja trenerska jest specyficzna. Nie zdarza się tak, że przyjdzie prezes i powie: "Możesz spokojnie budować drużynę. Masz na to pięć lat, a po tym okresie zostaniesz rozliczony". To tak nie działa. Istotna była w poprzednim roku nasza seria ośmiu spotkań bez porażki. To ustabilizowało sytuację i mogliśmy w większym spokoju skupić się na treningach i meczach - opowiada Kocian.

Łatwo jednak nie było. - Było to jednak wszystko wyczerpujące. To był bardzo intensywny rok. Czasami przychodziłem do dom, kładłem się na sofę i odpoczywałem. Żona nie była z tego powodu zadowolona. Namawiała mnie, byśmy poszli gdzieś na zakupy, do restauracji lub odwiedzić znajomych, a ja mówiłem jej, że mam dosyć ludzi. Chcę po prostu odpocząć w domu. Później włączałem w telewizji mecze - dla przyjemności - próbowałem oglądać je bez analizowania poszczególnych zagrań, ustawień piłkarzy, ale nie było mi łatwo - przyznaje trener chorzowian.

Co najbardziej zaskoczyło Kociana w trakcie tych 12 miesięcy przy Cichej? - Reakcje kibiców. Gdy byłem piłkarzem, zdarzało się, że skandowano moje nazwisko, ale dopiero w Polsce fani tak mocno docenili mnie jako trenera. Nie przypuszczałem, że u was kibice są tak oddani. Wsiadają w autokar, pociąg i pokonują nawet tysiące kilometrów, jak miało to miejsce w przypadku naszych występów w europejskich pucharach. Płacą za to spore pieniądze, znoszą niewygodę wielogodzinnej jazdy, urywają się z pracy. Dlatego zawsze staram się podejść po meczu i im podziękować, ale nie robię tego po to, by skandowali moje imię - śmieje się. - Fani Ruchu mają czasami taki temperament, jak mieszkańcy Hiszpanii czy Portugalii - dodaje.
źródło: SPORT

Przeczytaj również