Czesław Michniewicz: Straty Piasta i Górnika na własne życzenie
01.04.2014
Na początek krótkiego resume weekendu w odniesieniu do śląskich zespołów – gliwicki Piast. Wyprawa do Gdańska zakończyła się porażką 1-3, która ostatecznie rozwiała nadzieje gliwiczan na grę w górnej części stawki ekstraklasowej w dodatkowej fazie rywalizacji. – Piastowi zgodnie z przewidywaniami było ciężko w Gdańsku, ale głównie przez własną niefrasobliwość. Goście musieli zdobyć gola. Mam tu na myśli m.in. sytuację Kędziory, tzw. „dwusetkę” przy bezbramkowym wyniku. Lechia słabszy okres przetrzymała, a później była zabójczo skuteczna. Gole strzelała nawet grając w osłabieniu po czerwonej kartce – komentuje Czesław Michniewicz, który z umiarkowanym optymizmem patrzy na dalszą część zmagań z udziałem Piasta. – Konieczne jest wyciągnięcie wniosków w zaistniałej sytuacji. Łatwo gliwiczanom w kolejnych meczach nie będzie, ale podkreślam, że Piast miał w Gdańsku fragmenty ciekawej gry w ofensywie. Na wyjeździe, mając w dodatku szanse bramkowe, gole po prostu strzelać trzeba. Ten Rubena Jurado był tylko na osłodę i to nawet nie dla drużyny, ale chyba samego zawodnika – twierdzi były szkoleniowiec klubów ekstraklasowych, m.in. Podbeskidzia Bielsko-Biała, Jagiellonii Białystok i Polonii Warszawa.
W niedzielę z uwagą śledziliśmy poczynania Górnika i... do 35. minuty przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Zabrzanie grali znakomicie, przede wszystkim zaś imponowali skutecznością, aplikując gościom ze stolicy Podlasia trzy gole w kilkanaście minut. Ale kolejne strzały wpadały już wyłącznie do zabrzańskiej bramki... – Górnik jest sam sobie winien. Strzelając trzy gole w 30 minut nie można dać złapać rywalowi oddechu. Błąd zabrzan jeszcze w pierwszej połowie, później rzut karny, następnie błąd sędziego... Zabrzanie mogli już być pewni miejsca w ósemce – wyjaśnia szkoleniowiec.
Przełamania zatem w Zabrzu, jak również długo wyczekiwanego zwycięstwa na wiosnę – nie ma. – Wszystko, co złe skupia się teraz w tej drużynie. Trudno powiedzieć w czym jest największy problem, bo zmiany trenerów nie pomagają. Na pewno trzeba wspomnieć o kontuzjach. Do gry wrócił Zachara, także Olkowski, ale nie prezentują oni już takiej dyspozycji, jak wcześniej. Zresztą dalecy od formy są i inni gracze Górnika. Problemy pojawiły się nawet w obsadzie bramkarza. Żaden z trzech grających nie daje stabilności. Zresztą to od błędu Kasprzika w meczu z Jagiellonią zaczęło się całe nieszczęście zabrzan, gdy Górnik stracił gola, a boisko opuścić musiał Bartosz Iwan – opowiada nasz rozmówca.
Na „deser” podsumowania starcie dwóch drużyn z naszego województwa. W Chorzowie – niespodzianka. „Górale” nieznacznie lepsi od miejscowego Ruchu, który zanotował trzecią z rzędu porażkę. – Obstawiałem remis w tym spotkaniu i takie rozstrzygnięcie było blisko. Zaistniały jednak w Chorzowie takie, a nie inne okoliczności. Goście wygrali, bo wykorzystali błąd, który popełnił sędzia. Można dyskutować teraz czy był spalony, a wcześniej rzut karny dla Ruchu, ale wyniku końcowego na korzyść Podbeskidzia nic już nie zmieni. Taka jest piłka – podkreśla Michniewicz.
W kontekście wspomnianej konfrontacji i obu ekip trener Michniewicz pokusił się o bardziej wnikliwą analizę. – Ruch w drugim kolejnym meczu u siebie nie zdołał strzelić gola i ma po piątkowym spotkaniu większy problem niż Podbeskidzie, które wreszcie przełamało się na wyjeździe i wywalczyło bardzo ważne punkty. Takie rozstrzygnięcie sprawiło, że nerwowo zrobiło się zapewne w Gliwicach i Wrocławiu. Chorzowianie w mojej opinii mentalnie zadowolili się tym, co osiągnęli wcześniej. Utrzymanie stało się w pewnym momencie pewne, podobnie jak miejsce wśród drużyn górnej części stawki. Tymczasem dobre wrażenie, na które Ruch zapracował po przyjściu trenera Kociana gdzieś się zamazuje. Ważne dla chorzowian, aby na koniec sezonu udało się te pozytywne opinie o zespole przywrócić – dodaje Michniewicz.
„Ból głowy” Podbeskidzia? Niezmienny... – Różne ustawienia, różni zawodnicy, ale problem ze strzelaniem goli wciąż jest widoczny. Bramki dla bielszczan padają po stałych fragmentach gry, strzałach życia czy przypadkowych uderzeniach. W perspektywie kolejnych meczów – dwóch w sezonie zasadniczym i siedmiu w „dogrywce” – jeśli nie wyłoni się strzelec w tej drużynie, to mimo waleczności Podbeskidziu będzie ciężko się w lidze utrzymać – podsumowuje były opiekun „Górali”, któremu sztuka utrzymania ekstraklasy dla Bielska-Białej powiodła się w sezonie poprzednim.
W niedzielę z uwagą śledziliśmy poczynania Górnika i... do 35. minuty przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Zabrzanie grali znakomicie, przede wszystkim zaś imponowali skutecznością, aplikując gościom ze stolicy Podlasia trzy gole w kilkanaście minut. Ale kolejne strzały wpadały już wyłącznie do zabrzańskiej bramki... – Górnik jest sam sobie winien. Strzelając trzy gole w 30 minut nie można dać złapać rywalowi oddechu. Błąd zabrzan jeszcze w pierwszej połowie, później rzut karny, następnie błąd sędziego... Zabrzanie mogli już być pewni miejsca w ósemce – wyjaśnia szkoleniowiec.
Przełamania zatem w Zabrzu, jak również długo wyczekiwanego zwycięstwa na wiosnę – nie ma. – Wszystko, co złe skupia się teraz w tej drużynie. Trudno powiedzieć w czym jest największy problem, bo zmiany trenerów nie pomagają. Na pewno trzeba wspomnieć o kontuzjach. Do gry wrócił Zachara, także Olkowski, ale nie prezentują oni już takiej dyspozycji, jak wcześniej. Zresztą dalecy od formy są i inni gracze Górnika. Problemy pojawiły się nawet w obsadzie bramkarza. Żaden z trzech grających nie daje stabilności. Zresztą to od błędu Kasprzika w meczu z Jagiellonią zaczęło się całe nieszczęście zabrzan, gdy Górnik stracił gola, a boisko opuścić musiał Bartosz Iwan – opowiada nasz rozmówca.
Na „deser” podsumowania starcie dwóch drużyn z naszego województwa. W Chorzowie – niespodzianka. „Górale” nieznacznie lepsi od miejscowego Ruchu, który zanotował trzecią z rzędu porażkę. – Obstawiałem remis w tym spotkaniu i takie rozstrzygnięcie było blisko. Zaistniały jednak w Chorzowie takie, a nie inne okoliczności. Goście wygrali, bo wykorzystali błąd, który popełnił sędzia. Można dyskutować teraz czy był spalony, a wcześniej rzut karny dla Ruchu, ale wyniku końcowego na korzyść Podbeskidzia nic już nie zmieni. Taka jest piłka – podkreśla Michniewicz.
W kontekście wspomnianej konfrontacji i obu ekip trener Michniewicz pokusił się o bardziej wnikliwą analizę. – Ruch w drugim kolejnym meczu u siebie nie zdołał strzelić gola i ma po piątkowym spotkaniu większy problem niż Podbeskidzie, które wreszcie przełamało się na wyjeździe i wywalczyło bardzo ważne punkty. Takie rozstrzygnięcie sprawiło, że nerwowo zrobiło się zapewne w Gliwicach i Wrocławiu. Chorzowianie w mojej opinii mentalnie zadowolili się tym, co osiągnęli wcześniej. Utrzymanie stało się w pewnym momencie pewne, podobnie jak miejsce wśród drużyn górnej części stawki. Tymczasem dobre wrażenie, na które Ruch zapracował po przyjściu trenera Kociana gdzieś się zamazuje. Ważne dla chorzowian, aby na koniec sezonu udało się te pozytywne opinie o zespole przywrócić – dodaje Michniewicz.
„Ból głowy” Podbeskidzia? Niezmienny... – Różne ustawienia, różni zawodnicy, ale problem ze strzelaniem goli wciąż jest widoczny. Bramki dla bielszczan padają po stałych fragmentach gry, strzałach życia czy przypadkowych uderzeniach. W perspektywie kolejnych meczów – dwóch w sezonie zasadniczym i siedmiu w „dogrywce” – jeśli nie wyłoni się strzelec w tej drużynie, to mimo waleczności Podbeskidziu będzie ciężko się w lidze utrzymać – podsumowuje były opiekun „Górali”, któremu sztuka utrzymania ekstraklasy dla Bielska-Białej powiodła się w sezonie poprzednim.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów
05.08.2022
05.08.2022
Bez gola, bez błysku, bez punktów