"Czasem granica między grą o utrzymanie a o mistrzostwo jest cienka"
24.05.2013
Nie od dziś wiadomo, że łatwiej wychowankowi Wisły przebić głową ścianę stadionu przy Reymonta, niż przebić się do składu krakowskiego klubu. Tak przynajmniej było do niedawna. Łukasz Burliga, obrońca z Suchej Beskidzkiej, doświadczał tego rok po roku. W pierwszej drużynie był przez cztery sezony, a udało mu się uzbierać marne dziewięć meczów. Wypożyczenie do Chorzowa latem 2011 roku mógł traktować jako pożyteczne, ale jednak zesłanie. Nikt się nie spodziewał, że z Ruchem osiągnie lepszy wynik niż jego Wisła.
- Na początku fajnie się to ułożyło. Wygraliśmy kilka meczów, a potem bez presji dociągnęliśmy to do końca - mówi Burliga, jakby wicemistrzostwo Polski było najprostszą rzeczą na świecie. W rzeczywistości jednak, dopiero dziś widać, jak wielkie to było osiągnięcie. - Nie spodziewałem się, że już w tym sezonie tak się zmienią wyniki Ruchu - przyznaje. Czy to był wynik ponad stan? - Na pewno był to... niebywały sukces. W tamtym sezonie złożyło się bardzo wiele czynników. Trener, bardzo dobre przygotowanie, zgranie w szatni i na boisku. Byliśmy jedną z lepszych ekip w ekstraklasie - wspomina prawy obrońca.
Jesienią tego pamiętnego sezonu, "Niebiescy" przyjechali do Krakowa. Wisła była mistrzem Polski, ale jej postępujący rozkład był aż nadto widoczny. Kibice mieli dość ściąganych tabunami marnej klasy obcokrajowców. "Dość patałachów, żądamy młodych Polaków" - skandowali. Krzyczeli też nazwisko Burligi, który był wtedy zawodnikiem rywali. Atmosfera w Wiśle była wtedy daleka od idealnej. Co innego w Ruchu. - Na pewno jest coś specyficznego w śląskich szatniach. Przede wszystkim, tam była ekipa złożona z niemal samych Polaków, wzmocnionych innymi Słowianami. Z każdym miało się dobry kontakt. Było duże zjednoczenie. Kiedy w tygodniu wybieraliśmy się na jakąś kawę, to szła niemal cała drużyna. Atmosfera była naprawdę super - wspomina.
Pobyt przy Cichej pamięta dobrze nie tylko z powodu atmosfery. - Oceniam ten czas bardzo pozytywnie. Łącznie zagrałem tam około 20 meczów. Pierwszy raz mocniej zaistniałem w ekstraklasie. Na pewno był to krok do przodu w moim rozwoju. Bardzo się cieszę, że wtedy udało mi się tam trafić - przyznaje. Latem wrócił do Krakowa. Trzeba przyznać, że z Chorzowem rozstał się w najlepszym możliwym momencie...
Od tego czasu w Ruchu zmieniło się bardzo wiele. Ledwie rok później, drużyna jest z nożem na gardle i nie jest wcale wykluczone, że zajmie miejsce spadkowe. Rywale naciskają, a terminarz chorzowian nie przedstawia się obiecująco. - W tym sezonie widocznie czegoś brakuje. Myślę, że w każdym elemencie było trochę gorzej niż rok temu i to wystarczyło. Czasem granica między grą o utrzymanie a walką o mistrzostwo, jest cienka - przekonuje Burliga.
Ruch Chorzów - Wisła Kraków
piątek, 18:00
Sędzia Paweł Gil (Lublin).
- Na początku fajnie się to ułożyło. Wygraliśmy kilka meczów, a potem bez presji dociągnęliśmy to do końca - mówi Burliga, jakby wicemistrzostwo Polski było najprostszą rzeczą na świecie. W rzeczywistości jednak, dopiero dziś widać, jak wielkie to było osiągnięcie. - Nie spodziewałem się, że już w tym sezonie tak się zmienią wyniki Ruchu - przyznaje. Czy to był wynik ponad stan? - Na pewno był to... niebywały sukces. W tamtym sezonie złożyło się bardzo wiele czynników. Trener, bardzo dobre przygotowanie, zgranie w szatni i na boisku. Byliśmy jedną z lepszych ekip w ekstraklasie - wspomina prawy obrońca.
Jesienią tego pamiętnego sezonu, "Niebiescy" przyjechali do Krakowa. Wisła była mistrzem Polski, ale jej postępujący rozkład był aż nadto widoczny. Kibice mieli dość ściąganych tabunami marnej klasy obcokrajowców. "Dość patałachów, żądamy młodych Polaków" - skandowali. Krzyczeli też nazwisko Burligi, który był wtedy zawodnikiem rywali. Atmosfera w Wiśle była wtedy daleka od idealnej. Co innego w Ruchu. - Na pewno jest coś specyficznego w śląskich szatniach. Przede wszystkim, tam była ekipa złożona z niemal samych Polaków, wzmocnionych innymi Słowianami. Z każdym miało się dobry kontakt. Było duże zjednoczenie. Kiedy w tygodniu wybieraliśmy się na jakąś kawę, to szła niemal cała drużyna. Atmosfera była naprawdę super - wspomina.
Pobyt przy Cichej pamięta dobrze nie tylko z powodu atmosfery. - Oceniam ten czas bardzo pozytywnie. Łącznie zagrałem tam około 20 meczów. Pierwszy raz mocniej zaistniałem w ekstraklasie. Na pewno był to krok do przodu w moim rozwoju. Bardzo się cieszę, że wtedy udało mi się tam trafić - przyznaje. Latem wrócił do Krakowa. Trzeba przyznać, że z Chorzowem rozstał się w najlepszym możliwym momencie...
Od tego czasu w Ruchu zmieniło się bardzo wiele. Ledwie rok później, drużyna jest z nożem na gardle i nie jest wcale wykluczone, że zajmie miejsce spadkowe. Rywale naciskają, a terminarz chorzowian nie przedstawia się obiecująco. - W tym sezonie widocznie czegoś brakuje. Myślę, że w każdym elemencie było trochę gorzej niż rok temu i to wystarczyło. Czasem granica między grą o utrzymanie a walką o mistrzostwo, jest cienka - przekonuje Burliga.
Ruch Chorzów - Wisła Kraków
piątek, 18:00
Sędzia Paweł Gil (Lublin).
Polecane
Ekstraklasa