Awaryjne lądowanie prezesa Ruchu. „Było cicho, jak makiem zasiał”

11.06.2014
Prezes Ruchu Dariusz Smagorowicz był jednym z 60 pasażerów, którzy przeżyli awaryjne lądowanie samolotu z zepsutymi hamulcami. – Widać było, że wszyscy są posrani – mówi dla Sportu, sternik klubu z Cichej.
Łukasz Laskowski/Press Focus
To miał być zwyczajny, krótki lot, jakich prezes Dariusz Smagorowicz wykonuje kilkadziesiąt w roku na trasie Katowice-Warszawa i z powrotem. Tymczasem wraz z 60 pasażerami Bombardiera Q400 przeżywał traumatyczne wydarzenia na jego pokładzie. – Wszystko szło zgodnie z planem do momentu, gdy pojawiliśmy się nad Katowicami. Podchodząc już praktycznie do lądowania pilot nagle ostro poderwał maszynę w górę. Czytałem wtedy gazetę, ale zobaczyłem, że znaleźliśmy się na pułapie zdecydowanie wyższym niż latają samoloty na tej trasie. Powiedziano nam, że mamy małą awarię i musimy wracać do Warszawy. Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Wiedziałem, że krążymy w powietrzu zrzucając paliwo – opowiada prezes Ruchu Chorzów.

Oznak paniki na pokładzie samolotu nie było, ale... – Było cicho, jak makiem zasiał, ale widać było, przepraszam za określenie, że wszyscy są posrani. Jednocześnie przechodziliśmy cały czas szkolenie, gdyby zdarzył się wypadek – wyjaśnia Smagorowicz. – Okazało się, że zepsuła się hydraulika zawiadująca hamulcami., więc lądowaliśmy w asyście mnóstwa karetek, straży pożarnych, służb bezpieczeństwa na jakimś „zapasowym” hamulcu – opowiada sternik Ruchu.

– Emocje opadły dopiero w pociągu, gdy w Warsie wypiłem dwa piwa. Życie jest tak krótkie i tak potrafi zaskoczyć, że może warto czasami zwolnić? – zastanawia się prezes Smagorowicz.    
źródło: SPORT/SportSlaski.pl

Przeczytaj również