"Arbiter sprawił, że nie wiedzieliśmy co się dzieje na boisku!"
Spotkanie z Sandecją było bardzo ostre, momentami brutalne, a atmosfera zarówno na trybunach, jak i na boisku, była bliska wrzenia. - W tym meczu było mało piłki, a dużo walki. Teraz żałuję, że nie skupiliśmy się na grze, tylko na zapasach - relacjonował po spotkaniu Piotr Kosiorowski, który z boiska zszedł z zabandażowaną głową, a kołnierzyk koszulki miał cały we krwi.
- Mam nadzieję, że w kolejnych meczach będzie spokojniej, bo aby wygrać z Sandecją trzeba było pokazać charakter i zostawić sporo sił - analizował Wojciech Kędziora. Z kolei jego kolega z drużyny, Mateusz Matras, dodał: - Ostra gra wzięła się z tego, że spotkanie było wyrównane i szalę zwycięstwa na swoją korzyść trzeba było przechylić walką. Momentami było jej aż do przesady za dużo - stwierdził obrońca.
Nad męską grą kompletnie nie panował arbiter, który zamiast uspokoić piłkarzy… popełniał fatalne decyzje i jeszcze bardziej podgrzewał, już wcześniej nerwową, grę. - Ten pan sędziował jak chciał. Mecz skończyłem ze zdartym gardłem, bo arbiter ciągle wybijał nas z rytmu - denerwował się trener Sandecji, Robert Moskal. - To prawda, zarówno Piast, jak i my, nie wiedzieliśmy co się dzieje na boisku. Ta nerwowa atmosfera była zupełnie niepotrzebna - dodał Piotr Kosiorowski.
Błędy Krzysztofa Jakubika po spotkaniu wytykali głównie nowosądeczanie, który uważali, że sędzia wypaczył wynik spotkania. - Nie rozumiem jego interpretacji przepisów. Arbiter tłumaczył mi, że jak piłkarz wbiega w tempo, a jego kolega z drużyny jest na spalonym - to jest spalony. Jakoś do tej pory interpretowano to inaczej - ironizował Robert Moskal. - A jakoś Docekalowi w identycznej sytuacji nie zagwizdał - dodał trener gości.
- Faktycznie. Arbiter pomylił się przy dwóch biernych spalonych w pierwszej połowie, gdzie zawodnicy wychodzili w tempo… a on odgwizdał spalonego, bo na "złej" pozycji był piłkarz, który wracał. Karny dla Piasta również był mocno kontrowersyjny - wyliczał po meczu pomocnik Sandecji.
Sytuacji na boisku nie uspokoili także rezerwowi piłkarze, którzy w drugiej części gry pojawili się na murawie. - Oni weszli do gry już nabuzowani. Trudno się im jednak dziwić, bo obserwowali mecz z boku i widzieli wszystkie decyzje sędziów - tłumaczył swoich piłkarzy trener Moskal. - Przypominam jeszcze, że byliśmy świadkami takich sytuacji jak faule i auty gwizdane w złe strony, a także zobaczyliśmy karnego po faulu, którego nie było.
Finalnie wszystkie czynniki powodujące nerwowość w tym meczu skumulowały się w ostatnich minutach spotkania. Pod ławką gości, po nieodgwizdanym faulu na Tomaszu Podgórski, doszło do wielkiej przepychanki z udziałem większości piłkarzy obu drużyn (łącznie z rezerwowymi), a także członkami sztabu szkoleniowego. W efekcie na trybuny odesłali zostali trener i masażysta Sandecji oraz trener bramkarzy Piasta. Do szatni z kolei pomaszerował Mateusz Matras.
Na koniec głos w całej sprawie zabrał też Marcin Brosz, który początkowo starał się tego uniknąć, ale został zmuszony przez dziennikarzy. - Nie chcę się przekomarzać z trenerem Moskalem, bo nie na tym polega moja rola… więc podtrzymam jedynie słowa, które wypowiedziałem po spotkaniu z Wartą Poznań; zgłaszam zastrzeżenia do pracy sędziego, który sprawia, że mecz nie jest fair.
- Zgadzam się z tym - podchwycił trener Moskal. - To wszystko nie było Piastowi potrzebne, bo on mógł wygrać i bez tego zamieszania. Zresztą, pewnie będzie dalej tu zwyciężał i zdobędzie awans. Życzę tego gliwiczanom… a sobie, żeby nie odpowiadać przed komisją za to, że sędzia źle interpretuje przepisy - zakończył trener Sandecji.