Andrzej Niedzielan: Ruch jest wprost stworzony dla mnie! (wywiad)

27.01.2012
Wraca, by odzyskać radość z gry w piłkę. Andrzej Niedzielan chce w Chorzowie zakończyć piłkarską karierę. Wierzy, że dzięki Waldemarowi Fornalikowi odzyska dawny blask i znów będzie strzelał bramki.
Wraca pan do Ruchu, bo...
- Chcę odzyskać radość z gry w piłkę. Gdzie to mam zrobić, jeśli nie tutaj! Pasuje mi myśl trenerska Waldemara Fornalika. Cały klub jest wprost stworzony dla mnie.

Ruch będzie pana ostatnim klubem?
- Czas płynie, życie szybko zatoczyło koło. Cieszę się, że jestem ponownie zawodnikiem „Niebieskich” i tak, Ruch będzie prawdopodobnie moim ostatnim klubem w przygodzie z piłką. Nie jestem przecież perspektywiczny, a kontrakt podpisałem na 2,5 roku.

Przez te półtora roku z Ruchu odeszło wielu ważnych zawodników. Był pan zaskoczony, że drużyna i tak radziła sobie tak dobrze?
- Patrząc na pracę sztabu szkoleniowego, byłem spokojny o to, że chłopcy dadzą sobie radę. Na nasze miejsce przyszli kolejni zawodnicy i gra nie wyglądała gorzej. Ruch jako zespół cały czas prezentował bardzo wysoki sportowy poziom.

Początek w Koronie miał pan świetny. Mówiło się, że „jedzie pan na chorzowskim paliwie”...
- Na rezerwie (śmiech). Cóż, w Kielcach na wiosnę z formą fizyczną było średnio. Potem w Cracovii nie było jej w ogóle...

Kiedy wrócił pan do Chorzowa jako zawodnik Korony, kibice Ruchu fantastycznie pana przywitali. Mimo, że strzelił pan bramkę. Ich zachowanie pewnie też było argumentem, by wrócić?
- Rok spędzony przy Cichej był fantastyczny. Świetnie się zaaklimatyzowałem, zresztą zawsze dobrze się czułem na Śląsku. Mecz Ruchu z Koroną dodał mi skrzydeł. Dzięki kibicom bardzo fajnie się poczułem. Odwdzięczyli mi się wtedy za robotę, którą wcześniej wykonałem w Chorzowie.

Wraca pan do Chorzowa, ale nie wszyscy ten manewr uważają za dobry. Mariusz Śrutwa jest innego zdania, twierdzi, że Ruchu nie stać w tym momencie na Niedzielana.
- Śmieszą mnie takie komentarze. Wszyscy wiedzą, że do Ruchu nie przychodzi się, aby zarabiać wielkie pieniądze. Jeśli Mariusz Śrutwa nie rozumie tego, to nie mój problem.

Śrutwa grał w Chorzowie z numerem „10”. Są kibice, którzy twierdzą, że i pan powinien występować właśnie z tym numerem. Co pan na to?
- Moim ulubionym numerem jest „23”. Teraz wybrałem „32”. Chodzi o zestawienie cyfr. A co do „10”-tki, to nigdy nie chciałem jej brać, bo to „ciężki numer”. Zbyt „ciężki”.

Za czasów wspólnej gry wiele godzin poświęcił pan na rozmowy z Arturem Sobiechem. Utrzymujecie kontakt ze sobą?
- Regularnie rozmawiamy. Zaprosił mnie zresztą na mecz Hannoveru. Byłem w Niemczech w grudniu i... zobaczyłem jego pierwszą bramkę w barwach tego klubu. Przyniosłem mu widać szczęście. Teraz trzeba będzie zaprosić Artura na mecz do Wrocławia, aby się zrewanżował.

Można oczekiwać, że nadal będzie pan mentorem dla młodych zawodników?
- Skończę niebawem 33 lata, więc... Chciałbym swoją postawą czegoś nauczyć młodych graczy. Skoro Artur wyniósł coś z naszej znajomości, to nie mam nic przeciwko, aby podobnie uczynili inni zawodnicy.

Miał pan oferty z innych klubów niż Ruch?
- Owszem, ale nie chciałem zrobić pochopnego posunięcia. Nie chciałem znów źle trafić, idąc w nieznane...

Pojawiła się wtedy myśl, że fajnie, gdyby zadzwonił ktoś z Chorzowa?
- Na pewno coś takiego przemknęło w myślach. Kilka dni później zadzwonił dyrektor Mirosław Mosór. Mamy widać jakieś połączenie myślowe, swego rodzaju „bluetooth” (śmiech).

Stracił pan 20 dni okresu przygotowawczego. Będzie trzeba gonić resztę zespołu...
- Faktycznie, nie przepracowałem tego okresu. Będę musiał więcej czasu poświęcić na ćwiczenia niż reszta grupy. Jestem spokojny, że szybko nadrobię braki. Jestem w dobrych rękach! Teraz wszystko zależy od mojej głowy, od moich nóg. Chęci nie brakuje. Chcę znów odzyskać radość z grania w piłkę.

Jutro mecz z Żyliną. Zagra pan?
- Nie jestem w tym momencie w takiej dyspozycji, by grać w sparingach.

Wysłuchał Krzysztof Kubicki
autor: Krzysztof Kubicki

Przeczytaj również