"Z Wiśnią zawsze szliśmy razem. Ja jako gorol, on jako hanys"

11.09.2012
- Z Jackiem Wiśniewskim nigdy się nie mierzyłem. Ja jestem mały, szybki, niewywrotny. To zupełnie inna waga. Do tej pory tworzymy zgrany "team" - mówi Piotr Rocki, gracz GKS-u Tychy.
Rocki, który dobrze zna się z Jackiem Wiśniewskim, czekającym na debiut w MMA, zamierza oglądać występ kolegi. - Oczywiście, nie ma innej możliwości. Wszystko jest już wykupione i przygotowane. Po meczu w Tychach wszyscy będziemy mu kibicować. Warto, bo chłopak nie jest z łapanki. Porwał się na dużą falę i mam nadzieję, że będzie na niej płynął. Jest bardzo charakterny i mam nadzieję, że w tej dyscyplinie też uda mu się coś zwojować - mówi "Rocky", który przyznaje, że z "Wiśnią" nigdy nie sparował. - zawsze chodziliśmy razem, ja jako „gorol”, a on „hanys”. Do tej pory tworzymy zgrany team. Zawsze możemy o wszystkim porozmawiać, jesteśmy przyjaciółmi na dobre i na złe. Widziałem jak mocno trenuję i z całego serca życzę mu zwycięstwa. Mam nadzieję, że inni też będą trzymać za niego kciuki - przyznaje.

Doświadczony zawodnik nie ukrywa, że w dobrym momencie zamienił latem Radzionków na Tychy. - - Właśnie śmiałem się, że nos to mam nie od parady. Wyczułem to. Przez dwa lata gry w Radzionkowie dawałem z siebie wszystko. Motywowało się zespół, że w końcu będzie lepiej, ale ile można. W końcu wszystko się posypało i trzeba było szukać sobie nowego pracodawcy. Na rynku jest ciężko, dlatego od razu zadzwoniłem do trenera Piotra Mandrysza. Spytałem czy mogę jeszcze się do czegoś przydać i pojechałem na badania - informuje.

W tyskim zespole Rocki pełni rolę nie tylko ważnego zawodnika, ale też nauczyciela dla młodych graczy. - Młodzi mają teraz wszystko wyłożone na stole i podane pod sam nos. Kiedyś trzeba było za wszystkim chodzić i walczyć. Pamiętam jak parę lat temu młody podszedł do masera, dostał zje..., odwrócił się na drugiej nodze i poszedł. Teraz są inne czasy, wszystko idzie do przodu. Jeśli widać, że komuś naprawdę zależy i chce to robić, to trzeba podać mu pomocną dłoń, nawet jeśli czasami mu coś nie wychodzi. On wtedy widzi szansę. Łatwiej jest mu wkomponować się w zespół i jest coraz mocniejszy psychicznie. Kiedyś wielu starszych kolegów pomogło mi, chociażby Dariusz Dźwigała, więc dlaczego sam miałbym tego nie robić - pyta.

38-letni gracz ma jednak już plan na siebie po zakończeniu kariery. - Nie łapię dwóch srok za ogon i całkowicie poświęcam się grze. Choć nie ukrywam, że czasami jeżdżę i oglądam spotkania, robię też przeróżne analizy. Jest to dla mnie coś nowego, ale nie mam teraz zbytnio na to czasu. Czas po treningach staram się poświęcać głównie moim dzieciom. Teraz w końcu jestem naprawdę blisko rodziny, nie ma dłuższych wyjazdów jak wcześniej. Zresztą moi dwaj synowie też grają w piłkę. Jeśli chodzi o jakieś kursy, to nie chciałbym odwalać amatorki. Lubię mieć wszystko czarno na białym. Skończę karierę, to przyjdzie czas na bycie trenerem... A może jakiś kierownikiem, albo dyrektorem - kończy.
źródło: 2x45.com.pl

Przeczytaj również