"Wszystko, co robię w życiu, robię po to, by wrócić na Śląsk"
04.09.2011
Mowa o Przemysławie Cecherzu. 38-latek pochodzi z Łodzi. Długo był związany z Koluszkami. Wpierw jako zawodnik, potem jako trener. Pracę szkoleniową tak "na poważnie" rozpoczął w sezonie 2005/2006, kiedy został asystentem Ryszarda Komornickiego w Górniku Zabrze. Panowie najpierw ze sobą współpracowali, lecz potem się poróżnili. Górnik walczył o utrzymanie i szło mu jak po grudzie. Po zwycięstwie na starcie rundy wiosennej z Cracovią, przyszła seria porażek, które przedzielił ledwie jeden remis. Ówczesny prezes klubu z Zabrza, Jerzy Frenkiel, podjął dwie decyzje. Pierwsza - Cecherz w miejsce Komornickiego został pierwszym trenerem, druga - za radą kibiców obniżył cenę biletów do poziomu 5 zł.
Cecherz miał w ciągu kilkunastu godzin tchnąć nowego ducha przed meczem z Pogonią. Co zrobił? - Na odprawie rozbiłem o ziemię oprawione i oszklone zdjęcie ze smutnymi twarzami zawodników Górnika. Najważniejsze, że poskutkowało. Wygraliśmy 2-1 - wspomina z rozrzewnieniem. To spotkanie oglądało przy Roosevelta niespełna 9 tysięcy ludzi. Na kolejny mecz z Amiką Wronki przyszło aż 15 tysięcy osób, co zapoczątkowało "modę na Górnik".
Sęk w tym, że zabrzanie przegrali i Cecherza zastąpił Marek Motyka. - Bardzo dobrze pracowało mi się w Górniku. Byli w tym klubie wspaniali, pomocni ludzie. Najbardziej w życiu żałuję tego, że musiałem wyjechać ze Śląska. Bo w tym regionie jest odpowiednia atmosfera dla piłki, są kibice, jest wszystko, co potrzebne, by budować klasowy zespół - przekonuje młody szkoleniowiec, który w sobotę... zaprzeczył swoim słowom, bo jego drużyna sprawiła, że GKS Katowice poniósł kolejną porażkę w fatalnym stylu.
Przy Bukowej wygrała ekipa poskładana w dużej mierze z zawodników, którzy wcześniej grali w śląskich klubach. Przypadek? - Nie, powiem panu, że pracując na Śląsku poznałam charakter miejscowych piłkarzy. Ich cechy są bardzo potrzebne każdej drużynie. Dokładając do nich charakter niektórych górali, wychodzi na to, że jesteśmy "mieszanką wybuchową" - uśmiecha się Cecherz, który był bohaterem sobotniego meczu w Katowicach.
Dlaczego? Bo wręcz wbiegał na boisko! Gestykulował, krzyczał, dreptał w miejscu... Dawno nie było tak wyrazistego trenera, który do tego stopnia przeżywał boiskowe wydarzenia. Cecherz dyrygował swoim zespołem. Rękami nakazywał powrót i atakowanie bramki. Kiedy zorientował się, że wskoczył na boisko, złapał się za głowę i przepraszał arbitra technicznego. - Hmm.... Pewnie tak to wyglądało, bo nie chciałem, byśmy zapomnieli o założeniach, które nakreślaliśmy sobie przed meczem. Destrukcja była kluczem do tego, by wygrać przy Bukowej. Przypominałem zawodnikom o tym - próbuje wyjaśniać, lecz głos po końcowym gwizdku wyraźnie mu szwankuje. - Straciłem go, bo grać przy takich kibicach to piękna sprawa. Z chęcią nagrałbym sobie ich śpiewy i puszczał je w domu - stwierdza z rozbrajającą szczerością.
- Ja akurat jestem przyzwyczajony do dopingu kibiców GKS-u Katowice, trenerowi było się trudno przez nich przebić. Znacznie lepiej go słychać w Stróżach - przyznaje z uśmiechem Krzysztof Markowski. - A tak serio, to on jest twórcą naszego zespołu i lubię tak żywiołowych trenerów. Mam zresztą do nich szczęście, bo Leszek Ojrzyński w Zagłębiu Sosnowiec zachowywał się w podobny sposób. Sądzę, że drużynie to pomaga. Uważam, że taki trener jest lepszy od tego, który siedzi cicho na ławce - zaznacza "Maro".
- Wiem, kiedy powinienem być wyciszony. Są jednak momenty, gdy muszę pomóc, żywo reagować. Rozmawiałem z chłopcami na ten temat i oni lepiej się czują w momencie, kiedy wiedzą, że jestem z nimi - wyjaśnia Cecherz.
Kto wie, czy za jakiś czas tak energetycznego szkoleniowca nie będzie miał jeden z naszych klubów. - Wszystko, co robię w życiu, robię po to, by wrócić na Śląsk - kończy bohater naszego materiału.
Cecherz miał w ciągu kilkunastu godzin tchnąć nowego ducha przed meczem z Pogonią. Co zrobił? - Na odprawie rozbiłem o ziemię oprawione i oszklone zdjęcie ze smutnymi twarzami zawodników Górnika. Najważniejsze, że poskutkowało. Wygraliśmy 2-1 - wspomina z rozrzewnieniem. To spotkanie oglądało przy Roosevelta niespełna 9 tysięcy ludzi. Na kolejny mecz z Amiką Wronki przyszło aż 15 tysięcy osób, co zapoczątkowało "modę na Górnik".
Sęk w tym, że zabrzanie przegrali i Cecherza zastąpił Marek Motyka. - Bardzo dobrze pracowało mi się w Górniku. Byli w tym klubie wspaniali, pomocni ludzie. Najbardziej w życiu żałuję tego, że musiałem wyjechać ze Śląska. Bo w tym regionie jest odpowiednia atmosfera dla piłki, są kibice, jest wszystko, co potrzebne, by budować klasowy zespół - przekonuje młody szkoleniowiec, który w sobotę... zaprzeczył swoim słowom, bo jego drużyna sprawiła, że GKS Katowice poniósł kolejną porażkę w fatalnym stylu.
Przy Bukowej wygrała ekipa poskładana w dużej mierze z zawodników, którzy wcześniej grali w śląskich klubach. Przypadek? - Nie, powiem panu, że pracując na Śląsku poznałam charakter miejscowych piłkarzy. Ich cechy są bardzo potrzebne każdej drużynie. Dokładając do nich charakter niektórych górali, wychodzi na to, że jesteśmy "mieszanką wybuchową" - uśmiecha się Cecherz, który był bohaterem sobotniego meczu w Katowicach.
Dlaczego? Bo wręcz wbiegał na boisko! Gestykulował, krzyczał, dreptał w miejscu... Dawno nie było tak wyrazistego trenera, który do tego stopnia przeżywał boiskowe wydarzenia. Cecherz dyrygował swoim zespołem. Rękami nakazywał powrót i atakowanie bramki. Kiedy zorientował się, że wskoczył na boisko, złapał się za głowę i przepraszał arbitra technicznego. - Hmm.... Pewnie tak to wyglądało, bo nie chciałem, byśmy zapomnieli o założeniach, które nakreślaliśmy sobie przed meczem. Destrukcja była kluczem do tego, by wygrać przy Bukowej. Przypominałem zawodnikom o tym - próbuje wyjaśniać, lecz głos po końcowym gwizdku wyraźnie mu szwankuje. - Straciłem go, bo grać przy takich kibicach to piękna sprawa. Z chęcią nagrałbym sobie ich śpiewy i puszczał je w domu - stwierdza z rozbrajającą szczerością.
- Ja akurat jestem przyzwyczajony do dopingu kibiców GKS-u Katowice, trenerowi było się trudno przez nich przebić. Znacznie lepiej go słychać w Stróżach - przyznaje z uśmiechem Krzysztof Markowski. - A tak serio, to on jest twórcą naszego zespołu i lubię tak żywiołowych trenerów. Mam zresztą do nich szczęście, bo Leszek Ojrzyński w Zagłębiu Sosnowiec zachowywał się w podobny sposób. Sądzę, że drużynie to pomaga. Uważam, że taki trener jest lepszy od tego, który siedzi cicho na ławce - zaznacza "Maro".
- Wiem, kiedy powinienem być wyciszony. Są jednak momenty, gdy muszę pomóc, żywo reagować. Rozmawiałem z chłopcami na ten temat i oni lepiej się czują w momencie, kiedy wiedzą, że jestem z nimi - wyjaśnia Cecherz.
Kto wie, czy za jakiś czas tak energetycznego szkoleniowca nie będzie miał jeden z naszych klubów. - Wszystko, co robię w życiu, robię po to, by wrócić na Śląsk - kończy bohater naszego materiału.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów