Trener zaufał, więc Skrzypczak odpalił

11.12.2015
- Wcześniej w Zabrzu, a jestem tu już dwa lata, na dobrą sprawę nie miałem stuprocentowej szansy i zaufania trenera. Przynajmniej nie czułem tego - przyznaje Szymon Skrzypczak, napastnik Górnika.
Norbert Barczyk/Pressfocus
Postacią, o której najwięcej mówi się w ostatnich dniach w kontekście Górnika Zabrze jest Roman Gergel. O ile nie jest to pierwszy raz, gdy Słowak jest wyróżniającą się postacią "Trójkolorowych", tak do tej pory wysokich notowań nie miał Szymon Skrzypczak, który wskoczył do składu w miejsce Macieja Korzyma. I jak na razie swoją szansę wykorzystuje - strzelił bramki w spotkaniach z Górnikiem Łęczna i Jagiellonią Białystok.

- Wyniki nie tylko poprawiają humor, ale też pewność siebie i atmosferę. Cieszę się, że dostałem - trochę z przypadku, przez kontuzję - szansę. Wydaje mi się, że ją wykorzystałem. Jestem zadowolony z tych meczów, ale wiadomo, że muszę dalej udowadniać, że zasługuję na miejsce w składzie. Oby tak dalej - mówi Skrzypczak, który długo musiał czekać, by dostać prawdziwą szansę na grę w ekstraklasie.

Praktycznie całą karierę juniorską Skrzypczak spędził w Zagłębiu Lubin, w którym szkolenie młodzieży stoi na dobrym poziomie. Miedziowi widzieli w napastniku potencjał i nie chcieli się definitywnie pozbywać zawodnika, mającego problemy z przebiciem się do składu, w którym byli wtedy Darvydas Szernas czy… Kamil Wilczek. Był więc często wypożyczany. Pierwszym klubem, w którym mógł zaistnieć w seniorskiej piłce był Ruch Radzionków, którego trenerem był Artur Skowronek.

- Ja Szymona dobrze wspominam. Z półrocza na półrocze sprawdzaliśmy u nas w tamtym czasie "wagon" nowych zawodników ale on od razu rzucił mi się w oczy. Nie miał warunków typowo pod "dziewiątkę", ale to tam się najlepiej odnajdywał - opisuje Skowronek. - Centrum bramki to było zawsze dla niego najlepsze miejsce. Wtedy, jak to młody chłopak, ciężko było mu utrzymać regularną formę a co tym idzie miejsce w składzie - dodaje.

- To było moje pierwsze wypożyczenie z Zagłębia, z którym zdobyłem praktycznie wszystko w juniorskiej piłce, z mistrzostwem Polski na czele. W pierwszej drużynie nie dostałem szansy, więc zostałem wypożyczony. Pierwszy wyjazd, ale bardzo pozytywny. Wszyscy wiedzą, jaka była sytuacja finansowa czy infrastrukturalna, ale atmosfera była genialna. Chłopacy i trenerzy na duży plus - wspomina pierwszy górnośląski okres w swoim życiu Skrzypczak.

Po przygodzie w Radzionkowie, Skrzypczak został odesłany do MKS-u Kluczbork. Gdy ponownie wrócił do Lubina… znów zdecydowano się go wypożyczyć, tym razem do KS-u Polkowice. - Pierwsza runda była dobra (8 bramek - przyp. red.). Miałem wrócić do Zagłębia, ale nie widziałem szans na granie, więc zdecydowałem się zostać w KS-ie na drugą rundę - wspomina. I było warto - wiosną nasz rozmówca grał jeszcze lepiej, strzelał jeszcze częściej (13 goli), dzięki czemu o Skrzypczaku zrobiło się głośno.

Wiele klubów zamierzało przyjrzeć się grze Skrzypczaka, w tym Górnik. Zabrzanie wybrali się m.in. na mecz KS-u Polkowice z Rakowem Częstochowa, w którym ich cel transferowy nie dokończył nawet pierwszej połowy, bo niecały kwadrans przed przerwą otrzymał czerwoną kartkę (po dwóch żółtych). Zanim jednak wyleciał z boiska… zdążył strzelić dwie bramki. - To mój rekord - uśmiecha się. Ta sytuacja nie miała już jednak znaczenia, Skrzypczak i tak trafił do 14-krotnego mistrza Polski.

Początki nie były łatwe. Co prawda w debiucie, w Pucharze Polski, zdobył bramkę, ale później grał bardzo mało. Trzy mecze ligowe w rundzie jesiennej sezonu 2013/2014, po której… znów został wypożyczony. Okres w GKS-ie Katowice nie był jednak najlepszy i po nieudanej wiośnie wrócił do Zabrza, gdzie dalej nie dostawał szansy w ekstraklasie. Co prawda w poprzednim sezonie zanotował 15 występów, ale tylko cztery razy grał od pierwszej do ostatniej minuty.

Na początku obecnych rozgrywek również nie grał zbyt wiele. Trener Leszek Ojrzyński postawił na niego od pierwszej minuty w spotkaniach z Termaliką Bruk-Bet Nieciecza i Zagłębiem Lubin. W tym drugim spotkaniu został jednak zmieniony jeszcze w pierwszej połowie i w kolejnych meczach siedział już na ławce rezerwowych.

Zmieniło się to wraz z kontuzją Macieja Korzyma w meczu z Wisłą Kraków. Media długo zastanawiały się, kto zastąpi napastnika w kolejnym spotkaniu. Trener postawił na Skrzypczaka, który na gola w ekstraklasie czekał od maja. Okazało się, że wybór był słuszny.

- Wcześniej w Zabrzu, a jestem tu już dwa lata, na dobrą sprawę nie miałem stuprocentowej szansy i zaufania trenera. Przynajmniej nie czułem tego. Teraz ją dostałem i wiedziałem, że będę grał. Miałem spokojną głowę, wiedziałem, że nie będzie to kwadrans - przyznaje Skrzypczak, który w trzech ostatnich meczach zdobył dwie bramki.

- Piłka jest przewrotna. Jednego dnia siedzi się na ławce, a drugiego można nagle zagrać najlepszy swój mecz. Trzeba być cierpliwym. Ja czekałem dosyć długo, przez dwa lata wchodziłem praktycznie na same końcówki i oczekiwano ode mnie nie wiadomo jakiej gry. Oczywiście ja sam bym chciał wejść i strzelić bramkę, ale w ostatnich minutach albo się ma sytuację, albo nie. Teraz dostałem szansę i będę chciał się utrzymać w składzie na dłużej - podkreśla Skrzypczak.
autor: Adrian Waloszczyk

Przeczytaj również