Trener "Górali": To mogło się skończyć nawet czterema bramkami

17.03.2011
- Na przedmeczowej odprawie życzyłem chłopakom, by po meczu bolały ich nie tylko nogi, ale przede wszystkim głowy, od nieustannej koncentracji - powiedział Robert Kasperczyk, trener Podbeskidzia.
Kilka decyzji personalnych opiekuna "Górali" mogło się wydać zaskakujących. Mało kto się spodziewał, że rzadko grający Tomasz Górkiewicz zostanie wystawiony przeciwko Patrykowi Małeckiemu. Posadzenie na ławce Macieja Rogalskiego i Adama Cieślińskiego również było trudne do przewidzenia. A jednak trenera po raz kolejny obronił wynik, bowiem Górkiewicz zdobył wyrównującego gola, a Cieśliński chwilę po wejściu na boisko pokazał złość i strzelił niezwykle ważną, kontaktową bramkę.

- Mieliśmy grać bardzo skoncentrowani, tak żeby Wisła nie mogła rozwinąć skrzydeł. Niestety, były momenty, kiedy grała tak, że przyjemnie było patrzeć. Na odprawie każdy dostał zadania ofensywne i defensywne, a w przerwie się z tego rozliczyliśmy. Miałem pretensje, że nie opanowaliśmy środka pola. Do drugich piłek, odbijanych przez stoperów, zawsze dochodziła Wisła. Przy rotujących środkowych krakowian nie dało się kryć indywidualnie. Widać, że rywal podszedł do nas inaczej niż w pierwszym meczu. Rozpracowali nas taktycznie. Grali schematy, jakich w Krakowie nie było. Zwróciłem na to uwagę, bo to się mogło skończyć nawet czterema bramkami - tłumaczył Kasperczyk.

- Na Adama Cieślińskiego zawsze mogę liczyć, czy gra od początku, czy wchodzi z ławki. Wpuściłem też Dariusza Kołodzieja, bo liczyłem, że coś strzeli z wolnego. Nie dokonywałem zmian w przerwie, bo wynik był 0-1, mogła być dogrywka, chciałem zagrać na przeczekanie i zobaczyć, jak się to rozwinie. Po kwadransie okazało się, że nie było już nic do stracenia - zakończył taktyczną analizę meczu.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również