Sławomir Szary: Na ROW w ekstraklasie przychodziłoby po 8-10 tysięcy
Ostatnio głośno w mediach było o pańskiej wypowiedzi nt. gry ROW-u Rybnik w ekstraklasie. Jak pan na to zareagował?
- To bardzo dobrze, że moja wypowiedź została podłapana! Takie rzeczy cieszą. Widzę, że artykuły z moimi słowami cieszą się popularnością i są poczytne. Widzę również wiele komentarzy, co również świadczy o ich popularności. Mam jednak zastrzeżenie do poziomu niektórych opinii zawartych pod tymi artykułami. Jednak ja wiem, że to minimaliści i malkontenci, którzy niewiele robią w życiu. Oni krytykują moje słowa, a tak naprawdę w naszej ekstraklasie nie ma wysokiego poziomu. Zresztą, jeśli chodzi o I czy II ligę, to również jest w nich tak, jak jest. Ekstraklasa jest ciekawa głównie dlatego, że jest nasza, polska. Trudno żebyśmy my - Polacy, interesowali się bardziej sprawami związanymi z np. Athleticiem Bilbao. Dlatego ja mam swoje zdanie i nie boję się go wyrażać. A do atakujących mnie opinii podchodzę spokojnie.
W ostatniej kolejce "powieźliście" Tura Turek 5-0. Przez rozgrywki II ligi idziecie jak burza i - bez wątpienia - zasługujecie na awans. Ale czy podtrzymuje pan swoje słowa, że ROW Rybnik spokojnie poradziłby sobie w ekstraklasie?
- Oczywiście, że podtrzymuję. Jednak są one nieco wyrwane z kontekstu. Przy awansie do I ligi nasz zespół ewoluuje. Nigdy przecież nie jest tak, że klub otrzymuje promocje do wyższej klasy rozgrywkowej, a szkoleniowiec nie dokonuje żadnych roszad w składzie i zmian. W przypadku awansu wielu piłkarzom należy zaufać i podpisać z nimi nowe kontrakty, bo przecież osiągnęli sukces sportowy. Napływ świeżej krwi jest jednak nieunikniony. Trener przecież widzi, na jaką pozycję potrzebuje zawodnika, jaką formację należy wzmocnić i gdzie potrzeba większej rywalizacji. To normalne. W przypadku awansu ROW-u do I ligi - pojawi się w szatni kilka nowych twarzy. O to przecież chodzi, aby osiągnąć również dobry wynik w wyższej klasie rozgrywkowej. W przypadku awansu do ekstraklasy - sytuacja w drużynie ROW-u byłaby identyczna. A teraz, po moich wypowiedziach, wielu czeka na potknięcia naszej drużyny i źle nam życzy. Owszem, porażka może się zdarzyć, ja doskonalę zdaję sobie z tego sprawę, ale sportowcy powinni walczyć o najwyższe cele. Niektórzy mówią mi o pokorze. Kto, jak kto, ale ja o pokorze wiem bardzo wiele. Natomiast pokora, a poczucie wartości zespołu, w którym się gra, to dwie różne rzeczy. Ja dziś wiem, że nie powinno być większych problemów z osiągnięciem wyniku sportowego, który został przed nami postawiony. Mówię o awansie do I ligi. Nie ma się co czarować w tej kwestii. Owszem, zdaję sobie sprawę, że każdy kolejny przeciwnik będzie się na nas "spinał". W końcu jesteśmy liderem, który osiąga bardzo dobre wyniki. Każdy chce takiemu zespołowi coś udowodnić. Nie jest więc powiedziane, że my w tej II lidze nie przegramy meczu. Natomiast nie jest również powiedziane, że gdyby do tej klasy rozgrywkowej wrzucić zespół środka tabeli ekstraklasy - czy wygrałby wszystkie mecze i wywalczył awans. Jestem przekonany, że miałby swoje słabsze spotkania i kilka by przegrał. To w polskiej lidze normalne. Ja o tym mówię, ale podkreślam, że pewne słowa trzeba umieć odpowiednio zinterpretować. Trzeba chcieć je zrozumieć, a nie każdy to potrafi... i chce to zrobić. Ale może to dobrze? Niech się mówi, niech się pisze, niech się coś dzieje! Ruch w powietrzu musi być, cyrkulacja musi następować. Inaczej byłby zaduch (śmiech)!
Co przede wszystkim ma pan na myśli, że przenosząc drużynę z ligi wyższej do niższej, ta być może nie poradziłaby sobie w niej najlepiej? Specyfikę niższych klas rozgrywkowych, sposób gry w nich?
- Tak, bez wątpienia. Dlatego wynik sportowy, jaki osiągamy z ROW-em pokazuje, że my gramy już nieco inną piłkę niż większość zespołów II ligi. Tu więcej jest operowania długimi podaniami. Mniej
zespołów jest przygotowanych do prowadzenia gry. Pod tym względem przewyższamy naszych rywali. Dlatego tak jak mówię - jestem spokojny. Owszem, jeszcze nie jedną wpadkę możemy w tej lidze zaliczyć, ale o realizację naszego celu jestem spokojny. A jak będzie w I lidze? Na ten moment ciężko powiedzieć czy będziemy w środku tabeli, czy też może powalczymy z zespołami z czuba... W każdym razie nie sądzę, żebyśmy bili się o utrzymanie. Jeżeli klub nadąży z przygotowaniem organizacyjnym za wynikiem sportowym - w co głęboko wierzę - to może okazać się, że w Rybniku powstanie coś naprawdę wielkiego. Już dziś bowiem widać, że wokół ROW-u dzieje się dobrze. Wystarczy spojrzeć na ten największą zębatkę nakręcającą klub, czyli kibiców. Fani to wielka siła tego klubu. Przychodzi ich na mecze ponad dwa tysiące... a to - jak na II ligę - wynik bardzo dobry. Zdarzają się przecież mecze w ekstraklasie, gdzie widzów przychodzi tysiąc-półtora. Wystarczy spojrzeć na Bełchatów... Zresztą - z tego co wiem - mój były klub również stara się przyciągnąć widzów na różne sposoby. Mam na myśli oczywiście Piasta. Nieco dziwi mnie sytuacja w Gliwicach, bo przecież drużyna gra naprawdę dobrze, ma wyniki. A jaka tam jest frekwencja? W granicach trzech-czterech tysięcy, maksymalnie. Jak na ekstraklasę to nie jest imponujący wynik. Jestem przekonany, że gdyby w Rybniku była ekstraklasa, to na mecze przyjdzie po osiem-dziesięć tysięcy. To widać jakie jest zainteresowanie naszymi meczami teraz. Widzimy jak ta karuzela się nakręca, jakie jest zainteresowanie klubem w mieście. Oczywiście, to jest związane z wynikiem sportowym... Dobra i ciekawa piłka odbija się szerszym echem w Rybniku. A my, oprócz wyników, gramy naprawdę atrakcyjnie dla oka. Tworzymy mnóstwo sytuacji bramkowych. To nie jest defensywna piłka, na 0-0 i z nadzieją, że uda się coś strzelić. Nie, my ryzykujemy, a to kibicom się podoba. Myślę, że to dobry kierunek, szczególnie w czasach marazmu, którym dotknięta jest polska piłka. A o tym, że on ma miejsce powie każdy, kto interesuje się piłką choć trochę. Dlatego ofensywna gra, na tak, jest dobrą odpowiedzią na dzisiejsze czasy. Owszem, możemy stracić bramkę, ale strzelamy wówczas dwie więcej. To coś, co kibic chce oglądać. Ludzie przecież nie przychodzą na mecz, który często wygląda następująco: gwizdek, faul, aut, faul, faul, aut, żółta kartka, aut, faul, aut, przerwa. I w drugiej połowie to samo - końcowy wynik 0-0. Ewentualnie, jedna akcja i po meczu. Ja nie mówię, że wszystkie mecze tak wyglądają, bo znowu będzie, że Szary coś wymyślił. Ja nie uogólniam, po prostu stwierdzam, że spotkania - nawet w ekstraklasie - często tak wyglądają. Owszem, bywają również ciekawe spotkania, ale chcę zwrócić uwagę, że niekoniecznie tylko i wyłącznie w najwyższej klasie rozgrywkowej. W niższych ligach również bywa ciekawie. Ja grając w ekstraklasie niejednokrotnie bywałem na meczach I czy II ligi, w których grali moi koledzy. Bardzo często oglądałem tam świetne spotkania. Bywało tak, że dużo ciekawsze niż te, w których uczestniczyłem w ekstraklasie jako zawodnik. Dlatego mówię to z całą odpowiedzialnością. Przecież nie jest tak, że Szary nie grał w ekstraklasie i nie wie, o czym mówi.
- Jednak nie przejmuję się na razie problemami zespołów z ekstraklasy. My mamy w Rybniku swoją grę, w której walczymy o I ligę. Jestem przekonany, że uda nam się ją zakończyć sukcesem i w przyszłym sezonie zagramy w wyższej klasie. A co przyniesie przyszłość? Przyszły sezon? Zobaczymy. Jeśli wszystko się w Rybniku odpowiednio zazębi... to możemy grać o naprawdę wysokie cele. Jednak już teraz wiem, że będziemy chcieli realizować nasz sposób na grę, czyli ofensywną i widowiskową piłkę, aby przyciągać jak największe rzesze kibiców na stadion.
W pańskiej drużynie bardzo podoba mi się to, że mówicie wprost o tym, o co walczycie - i co ważniejsze - z pewnością podkreślacie, że ten cel uda wam się zrealizować. Nie słyszy się tak popularnych ostatnio słów o tabeli, która zostanie zweryfikowana pod koniec sezonu...
- Dziś bardzo wielu moich znajomych, którzy funkcjonują w ekstraklasie na różnych stanowiskach, bo są to trenerzy, pracownicy klubów czy sami zawodnicy, mówią mi o pokorze. Sugerują abym zachował jej nieco więcej... A ja doskonale wiem, co to jest pokora. Potrafię ją zachować. Wiem jednak również co to jest wiara we własne możliwości i sportowa pewność siebie. Bez tego nie wychodziłbym z domu, bo bałbym się, że spadnę z krawężnika i skręcę nogę, a już tym bardziej nie wybiegłabym na murawę. Musiałbym się chyba dać zamrozić. A trzeba być pewnym siebie! Iść po swoje... Owszem, wiele rzeczy się może nie udać. I ja o tym wiem, przecież spadałem z ekstraklasy, miałem swoje problemy, miałem problemy razem z całą drużyną - np. gra nie na swoim stadionie z Piastem Gliwice. W piłkarskim życiu przeżyłem naprawdę wiele. Byłem przecież i w sytuacji, gdy mieliśmy ogromny problem z bramkarzami...
Ponownie nawiązuje pan do Piasta i problemów z m.in. z Rafałem Kwapiszem...
- Nikt nad tym nie panował. Jak można grać o utrzymanie w ekstraklasie bez bramkarza? Nie da się. Jak można pracować w defensywie bez kogoś na kogo można liczyć między słupkami... Dlatego pierwsza przygoda Piasta w ekstraklasie skończyła się tak, jak się skończyła. Ale to dzisiaj już nie ma co o tym mówić. Pewnie dziś ktoś przeczyta te słowa i pomyśli sobie, że Szary się wybiela. A tak nie jest, bo doskonale wiem i zdaję sobie sprawę jaki miałem udział w omawianym spadku. Wiem co zrobiłem źle, wiem co mogłem zrobić lepiej. Krytykę zawsze zaczynam od siebie. Na pewne rzeczy, które wtedy przeżyłem, nie miałem jednak wpływu i to mnie boli. Ludzi mnie pytali dlaczego ja nie działałem nic w tej kwestii. Ale to ja, piłkarz miałem decydować o obsadzie bramkarzy w drużynie, ani o ściąganiu zawodników do klubu. Ja za to nie odpowiadałem. Dlaczego do tego wracam? Bo chcę wytłumaczyć, że spadek z ekstraklasy i brak awansu w kolejnym sezonie - co może być nieco zaskakujące - pozytywnie wpłynął na Piasta. W klubie wyciągnięto wnioski z doświadczeń i teraz Piast jest na tyle silny, że należą się gliwiczanom tylko słowa uznania i szacunku. Zresztą ja do dziś mam tam wielu przyjaciół, choćby w osobach trenerów, czyli Darka Dudka i Marcina Brosza. Bo to nie było tak, że trenerzy usunęli mnie z klubu, ale ja dobrowolnie z niego odszedłem. Oczywiście, wpływ mógł mieć prezes Kołodziejczyk, który zaproponował mi rozwiązanie kontraktu... ale gdyby moja decyzja była taka, że chcę w Gliwicach zostać, to bym został.
Wracając do tej historii stara się pan również udowodnić, że i dla pana te doświadczenia były pozytywnym bodźcem, dobrze to odbieram? W Rybniku przeżywa pan teraz drugą, albo już trzecią młodość?
- To jest tak, że jako człowiek zostałem w ostatnim czasie mocno doświadczony. Te historie, które opisałem... ale i np. praca, którą w niedawnym okresie wykonywałem.
Mówi pan o kopalni. Dalej pan tam pracuje?
- Nie, od lutego już nie. Chcę jednak powiedzieć, że łączenie pracy z grą w piłkę było dla mnie sporym doświadczeniem. Zmieniła mi się nieco perspektywa i jeszcze mocniej upewniłem się, że chcę jak najdłużej grać w piłkę. Wiem, że teraz muszę dbać jeszcze bardziej, muszę utrzymywać jak najwyższą formę. Człowiek jest tylko coraz starszy... Na szczęście - odpukać - ja ze zdrowiem nigdy nie miałem problemów. Mam nadzieję, że tak jeszcze zostanie przez długi czas. Chciałbym spokojnie jeszcze pograć ze cztery lata na dobrym poziomie. Podkreślam - dobrym poziomie, nie wysokim. Bo to drugie określenie od razu ludzie by podchwycili i mówili, że Szary chce grać w Lidze Mistrzów. Dlatego mówię, że chcę grać na dobrym poziomie, jak na polskie warunki.
Rozumiem więc, że pozycja, którą panu zmieniono, również wpłynęła na pana pozytywnie.
- Zawsze grałem na boku obrony, a teraz na stoperze... ta zmiana wpłynęła na mnie bardzo pozytywnie. W grze na środku defensywy pomagają mi doświadczenia z gry jako skrajny obrońca. Wiem jak się mam ustawiać, jak umiejętnie zaasekurować swojego kolegę z boku. Wiem jak mam w stosunku do niego się zachować i czego się mogę spodziewać po jego grze. Myślę, że wyszło mi to tylko na plus. Poza tym, muszę powiedzieć wprost, że jednak zawodnik na środku obrony przebiega o wiele metrów mniej. Stąd jestem przekonany, że jeszcze długo mogę pograć w piłkę.
Mówi pan o perspektywie czterech lat gry... a co później? Pańska charyzma i umiejętność analizy nie ciągną pana w stronę trenerki?
- Oj, trenerka to stąpanie po kruchym lodzie. Pokazuje to nasze piłkarskie podwórko, na którym karuzele bardzo szybko się kręcą. Ja nigdy nie lubiłem karuzel, źle się na nich czułem. Zawsze na nich kręciło mi się w głowie i zbierało na wymioty... Dlatego bycie szkoleniowcem raczej mnie nie interesuje. Pierwszy kurs mam jednak ukończony i być może pociągnę temat dalej. Ale to chyba tylko pod kątem dodatkowego zabezpieczenia się pod kątem przyszłości.
.jpg)
To może praca z dzieciakami? Akademia, szkółka...
- O, to zdecydowanie szybciej. Praca z dziećmi to naprawdę ciekawa sprawa. Ja zawsze miałem braki w wyszkoleniu technicznym. Myślę, że to konsekwencja treningów z najmłodszych lat, gdy nie kładziono nacisku np. na to jak ważna jest gra obiema nogami. Swoje braki nadrabiałem determinacją oraz tym, czego nauczyłem się na podwórku. Tam spędzałem kupę czasu od rana do wieczora i nabrałem wiele dobrych nawyków. Zresztą, pewnie sporo złych też, ale je - w wieku juniora - w większości wypleniono. Mówię np. o taktyce. Nie opowiadam o tym, żeby się chwalić, bo wielkiej kariery przecież nie zrobiłem, ale aby podkreślić, że pracą można do czegoś dojść. Natomiast tych, którzy zrobili wielkie kariery w Polsce, można policzyć na palcach. To są jednak ludzie, którzy w stosownym czasie wyjeżdżają w klubie i ten potencjał, który mają, jest szlifowany już na zachodzie przez profesjonalistów. Nie mówię, że w Polsce nie mamy dobrych szkoleniowców, bo sporo się w ostatnim czasie w naszym kraju zmieniło. Nasi trenerzy mają też coraz więcej narzędzi do pracy z piłkarzami. Mamy przecież coraz lepsze bazy treningowe, szkółki, stadiony. Więc szkolenie zawodników też idzie do przodu, a to bardzo dobrze. Przecież wszystkim nam zależy na dobru polskiej piłki.
Może i mamy coraz lepsze warunki do pracy z dziećmi i młodzieżą, ale dziś ci chłopcy nie spędzają całych dni, również przed i po treningach, na dworze. Nie jest tak jak kiedyś, że szkolne boiska są oblegane od dnia do nocy.
- To na pewno jest problem. Zagadnienie jest jednak bardzo szerokie, bo dzieciaki mają bardzo dużo możliwości spędzania wolnego czasu. Gadżety elektroniczne kradną im tak wiele godzin, które mogliby spędzić na świeżym powietrzu... Jednak ani ja, ani pan, tego nie wyleczymy. Piłka musi być pasją i miłością. Jeśli ktoś nie ma do tego zacięcia, ktoś nie marzy o grze w piłkę, to trudno mu będzie osiągnąć sukces. Nikt przecież nie będzie go ciągnął za uszy do sportu. To skutku nie przyniesie. Kluczowa jest więc chęć gry i doskonalenia swoich umiejętności. Myślę, że paradoksalnie problemem w dzisiejszych czasach jest również i to, że młodzież ma zbyt wiele "podane na tacy". Ja dorastałem w czasach, gdy wielu rzeczy nie było, o wiele trzeba było walczyć samemu. To wyrabiało charakter. Dziś on się gdzieś traci. Dzieciak myśli sobie, że skoro dostaje sprzęt, ma idealne boisko, dbają o niego, to on nie musi się już tak starać, bo wszystkim na nim zależy i jest fajnie. To przykre, ale wielu ludzi jest minimalistami. Jak na tak liczny kraj mamy na pewno wiele talentów, jednak z różnych powodów ich nie odkrywamy, albo nie zachęcamy do dalszej pracy. Dla każdego jest odpowiedni czas i miejsce.
Rozmawiał Maciej Smolewski