Sam Łukasz Wolsztyński każdego meczu nie wygra

12.03.2017
- W pierwszej połowie niepotrzebnie wdaliśmy się w grę, jaką chciała Pogoń. Kopaliśmy długie piłki, co nie dawało rezultatów. Później pograliśmy po ziemi i były z tego akcje - mówi Łukasz Wolsztyński. Gdyby inni piłkarze Górnika strzelali jak on, zabrzanie na pewno nie wracaliby bez punktów.
Łukasz Sobala/Press Focus
Trener Marcin Brosz przeprowadził kilka zmian w wyjściowej "11". Jedna była wymuszona żółtymi kartkami Szymona Matuszka. Za niego grał Maciej Ambrosiewicz, który po spotkaniu nie mógł pogodzić się z tym, że zabrzanie raz za razem pudłowali pod bramką gospodarzy.

- Szczególnie żałować można, że nie wykorzystaliśmy swoich okazji. Mieliśmy 3-4 bardzo klarowne sytuacje. Gospodarze mieli w drugiej połowie jedną, wykorzystali ją i wracamy do Zabrza bez punktów... - mówi pomocnik.

Na drugą część wyszedł już Łukasz Wolsztyński, którego brak w podstawowym składzie był zaskoczeniem. Gra Górnika od razu się ożywiła. - Zaczęliśmy po prostu lepiej grać w piłkę. W pierwszej połowie niepotrzebnie wdaliśmy się w grę, jaką chciała Pogoń. Kopaliśmy długie piłki, co nie dawało rezultatów. Później pograliśmy po ziemi i były z tego akcje - komentuje skrzydłowy, który jako jedyny z zabrzan wpisał się na listę strzelców.

- Co z tego, że strzeliłem bramkę, jak zespół przegrał. Zależy nam, żeby Górnik zdobywał punkty, a nie żeby Wolsztyński wygrywał. Ostatnio strzeliłem gola i wygraliśmy, to podwójnie się cieszyłem. Teraz nie było żadnej radości - przyznaje. Gdyby swoje okazje wykorzystali Rafał Kosznik czy Dawid Plizga, radość pewnie by była...
źródło: SportSlaski.pl/Górnik TV

Przeczytaj również