"Przybyś" wierzył: od początku byłem dziwnie spokojny

10.03.2016
- Od początku byłem dziwnie spokojny, bo wiedziałem, że prędzej czy później to nastąpi. Cierpliwie czekałem - mówi Mariusz Przybylski o swoim powrocie do pierwszej drużyny Górnika Zabrze.
Norbert Barczyk/Pressfocus
Mariusz Przybylski jest w Górniku od 2009 roku. Wydawało się, że jego przygoda z Zabrzem skończy się po siedmiu latach - zimą został wystawiony na listę transferową i zamiast z pierwszą drużyną, to do rozgrywek przygotowywał się z rezerwami klubu. Mimo to, cały czas wierzył w powrót do zespołu walczącego w ekstraklasie. Transfer? Nie było tematu. - Nawet nie ma co tego rozwijać. To były tylko pogłoski - ucina "Przybyś".

- Od początku byłem dziwnie spokojny, bo wiedziałem, że prędzej czy później to nastąpi. Cierpliwie czekałem, bo byłem dobrze przygotowany. Na obozie byłem pod pilnym okiem trenerów Józefa Dankowskiego i Marka Kostrzewy. Od strony sportowej martwić mogło jedynie to, że nie byłem przy pierwszej drużynie. Jednak z całego okresu przygotowawczego chyba nic nie straciłem. A może nawet lepiej na tym wyszedłem... - mówi pomocnik.

Pod koniec lutego Przybylski postawił na swoim i wrócił do pierwszej drużyny. W dodatku, kilkanaście dni później zagrał w meczu ligowym - i to od pierwszej minuty, przy Łazienkowskiej z Legią Warszawa. Po jego poczynaniach na murawie nie było widać, że dopiero co dołączył do zespołu. - Przed spotkaniem były jakieś znaki zapytania, bo ostatni mecz w ekstraklasie, jak ktoś wyliczył, zagrałem w październiku. Bardziej co do zachowania na boisku, odległości, a nie kondycji, bo okres przygotowawczy przepracowałem solidnie. Był też duży przeskok, bo w sparingach grałem z drużynami słabszymi, z niższych lig - przyznaje Przybylski.

Wracając do początków Przybylskiego przy Roosevelta - gdy pomocnik przechodził z Polonii Bytom do Górnika, zespół z Zabrza był w strefie spadkowej. Zimą "Trójkolorowi" dokonali kilku bardzo głośnych transferów - pozyskano m.in. Damiana Gorawskiego, Pawła Strąka, Roberta Szczota czy Adama Marciniaka. Ligi jednak nie udało się uratować.

- To były moje początki w drużynie. Było dużo zawodników bardziej doświadczonych, starszych ode mnie i po różnych przejściach, wracających zza granicy. Bardziej to się obracało wokół nich. Niestety balon był tak napompowany, że pękł i sezon zakończył się spadkiem - wspomina Przybylski.

Teraz przed zabrzanami trudne zadanie - by nie powtórzyła się sytuacja z 2009 roku, trzeba zacząć wygrywać. Mimo porażki w Warszawie, zespół w pierwszej połowie pokazał się z dobrej strony i mało brakowało, by na przerwę Górnik schodził z prowadzeniem 1:0. Nie udało się, ale w drużynie jest wiara w to, że w kolejnych pojedynkach będzie pod tym względem lepiej. A to podstawa, by zacząć punktować.

- Wiara była, jest i będzie. Będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, by utrzymać się - podkreśla Przybylski, który - jeśli oczywiście znajdzie uznanie w oczach sztabu szkoleniowego - w niedzielę może zagrać po raz pierwszy na zmodernizowanym stadionie przy Roosevelta. - Coś nowego dla mnie, ale myślę, że nie będzie to przeszkadzało - wręcz przeciwnie. Będzie mnie i cały zespół niosło do przodu - mówi zawodnik Górnika, który liczy na głośny doping fanów. - Mam nadzieję, że kibice dopiszą i będą nas wspierać, bo to będzie bardzo potrzebne - kończy nasz rozmówca.
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również