Pół roku bez rezerw. Kula u nogi, czy obowiązek dla I-ligowca?
18.12.2017
"Dwójki" Ruchu i "GieKSy" w ubiegłym sezonie solidarnie spadały z IV ligi. Mecze rezerw dzieliły się z reguły na te, w których ich trenerzy dostawali wsparcie z pierwszej drużyny i na te, w których trzeba było sobie radzić głównie juniorami. Żaden z wariantów nie okazał się na tyle skuteczny by obronić miejsce na piątym szczeblu rozgrywkowym. Zawodowcom nie w smak było ryzykowanie kontuzji w meczach bez szczególnej stawki, młodzież miała z kolei problemy z grą przeciwko grającym fizycznie rywalom. Efekt? Zarówno przy Bukowej, jak i przy Cichej uznali, że kopanie piłki w okręgówce korzyści nikomu nie przyniesie. Pytanie, czy słusznie, bo poza naszymi ligowcami na zapleczu Ekstraklasy bez rezerw radzą sobie jeszcze jedynie Stomil Olsztyn i Puszcza Niepołomice.
Rezerwy nikogo nie interesują
- Nie chodziło tylko o oszczędności - deklaruje Grzegorz Kapica, dyrektor sportowy Ruchu. - Dwa lata z rzędu spadaliśmy z ligi - najpierw III, później IV. Zadaniem piłkarza w profesjonalnym klubie polega na pokazywaniu takiej formy, która predestynuje go do występów w pierwszym zespole. Wiemy, jak polscy piłkarze traktują grę w rezerwach, w takiej formie nie było sensu tego ciągnąć - tłumaczy dyrektor sportowy "Niebieskich", dziwiąc się zresztą temu, że temat w ogóle nas interesuje.
Pytany przez nas na jednej z konferencji trener Juan Ramon Rocha o to, czy nie brakuje mu drużyny rezerw uciekał od odpowiedzi. Zachował klasę uznając, że nie będzie narzekał na to co działo się przy Cichej zanim trafił do klubu. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że i argentyńskiemu szkoleniowcowi i tym zawodnikom, którzy jesienią praktycznie nie mieli gdzie grać taka sytuacja życia nie ułatwiła. Zwłaszcza, że tych ostatnich w Chorzowie było całkiem sporo - od zmiany na trenerskim stołku Kewin Paszek, Gracjan Komarnicki, czy Kacper Czajkowski nie grali wcale, albo w najlepszym wypadku notowali pojedyncze epizody w grze o stawkę. Efekt był taki, że w ważnym dla piłkarza momencie - tuż po skończeniu wieku juniora - nastolatkowie z Chorzowa w praktyce zanotowali półroczną przerwę w jakiejkolwiek boiskowej rywalizacji. W meczowy rytm nie mają jak wejść również ci, którzy do składu wracają po przebytych urazach. A jak bywa to istotne podkreślał kilkanaście miesięcy Michał Helik, który doceniał każdą minutę spędzoną nawet na IV-ligowej murawie po przewlekłej kontuzji.
W Chorzowie stanowisko mają jednak jasne - analiza wszystkich "za" i "przeciw" potwierdza, że rezerwy są po prostu... zbędne. - Rzeczywistość jest taka, że zespół rezerw nikogo nie interesuje, może poza rodzinami zawodników którzy w nich grają. Zawodowi piłkarze do takich drużyn podchodzą jak pies do kota - jasno stawia sprawę Kapica który zapowiada, że sztab szkoleniowy Ruchu już wytypował kilku graczy, którym zimą będzie proponował wypożyczenia w celu ogrywania ich w seniorskiej piłce.
Drugi zespół to obowiązek
Są jednak tacy (stanowią nawet większość) którzy uważają, że rozsądnie prowadzona "dwójka" jest w zawodowym futbolu nie do przecenienia. Jedną z tych osób jest... Piotr Mandrysz. Trener GKS-u Katowice mocno ubolewa nad faktem, że musi sobie radzić bez zaplecza w postaci zespołu rezerw. Tak postanowiono jeszcze za kadencji prezesa Wojciecha Cygana i dyrektora Grzegorza Motały. - Przed podjęciem tej decyzji pytano mnie o zdanie i byłem jej przeciwny. Nie wiem jakie były argumenty za wycofaniem drugiej drużyny, bo mi ich nie podano - nie kryje szkoleniowiec "GieKSy".
Przy Bukowej z problemem braku drugiej drużyny mierzyli się kilkukrotnie. Damian Garbacik po fatalnym występie przeciwko Wigrom Suwałki został przesunięty do treningów z... juniorami. Ani to wychowawcze dla młodzieży, ani praktyczne dla zawodnika, który w efekcie tamtej decyzji a później kontuzji do końca jesieni murawy już nie powąchał. Do meczowego rytmu nie mieli gdzie wracać przedstawiciele całkiem sporego grona piłkarzy, którzy na przestrzeni rundy zmagali się z kontuzjami. Tacy piłkarze jak Rafał Kuliński, czy Wojciech Słomka nie mieli z kolei gdzie udowadniać swojej "meczowej" wartości, przez co do do ligi weszli właściwie dopiero wtedy, gdy szkoleniowiec Katowic nie miał innego wyjścia jak tylko sięgnąć po niedoświadczonych młokosów. - W obliczu faktu, że nie mogłem ich sprawdzić w drugiej drużynie podjęcie wobec nich decyzji w kontekście gry o I-ligowe punkty stanowiło niewiadomą. Stawiałem więc na tych, którzy w przeciwieństwie do nich dysponowali większym doświadczeniem - tłumaczy Mandrysz.
- Nawet biorąc pod uwagę, druga drużyna GKS-u spadła do okręgówki to każdy rozegrany mecz jest czymś zupełnie innym niż trening. Dla zawodników, którzy w dany weekend nie pojawili się na boisku brak gry nie pomaga w utrzymaniu dyspozycji na odpowiednim poziomie. Uważam, że w każdym klubie na poziomie I ligi rezerwy to obowiązek - przekonuje Mandrysz.
Rezerwy nikogo nie interesują
- Nie chodziło tylko o oszczędności - deklaruje Grzegorz Kapica, dyrektor sportowy Ruchu. - Dwa lata z rzędu spadaliśmy z ligi - najpierw III, później IV. Zadaniem piłkarza w profesjonalnym klubie polega na pokazywaniu takiej formy, która predestynuje go do występów w pierwszym zespole. Wiemy, jak polscy piłkarze traktują grę w rezerwach, w takiej formie nie było sensu tego ciągnąć - tłumaczy dyrektor sportowy "Niebieskich", dziwiąc się zresztą temu, że temat w ogóle nas interesuje.
Pytany przez nas na jednej z konferencji trener Juan Ramon Rocha o to, czy nie brakuje mu drużyny rezerw uciekał od odpowiedzi. Zachował klasę uznając, że nie będzie narzekał na to co działo się przy Cichej zanim trafił do klubu. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że i argentyńskiemu szkoleniowcowi i tym zawodnikom, którzy jesienią praktycznie nie mieli gdzie grać taka sytuacja życia nie ułatwiła. Zwłaszcza, że tych ostatnich w Chorzowie było całkiem sporo - od zmiany na trenerskim stołku Kewin Paszek, Gracjan Komarnicki, czy Kacper Czajkowski nie grali wcale, albo w najlepszym wypadku notowali pojedyncze epizody w grze o stawkę. Efekt był taki, że w ważnym dla piłkarza momencie - tuż po skończeniu wieku juniora - nastolatkowie z Chorzowa w praktyce zanotowali półroczną przerwę w jakiejkolwiek boiskowej rywalizacji. W meczowy rytm nie mają jak wejść również ci, którzy do składu wracają po przebytych urazach. A jak bywa to istotne podkreślał kilkanaście miesięcy Michał Helik, który doceniał każdą minutę spędzoną nawet na IV-ligowej murawie po przewlekłej kontuzji.
W Chorzowie stanowisko mają jednak jasne - analiza wszystkich "za" i "przeciw" potwierdza, że rezerwy są po prostu... zbędne. - Rzeczywistość jest taka, że zespół rezerw nikogo nie interesuje, może poza rodzinami zawodników którzy w nich grają. Zawodowi piłkarze do takich drużyn podchodzą jak pies do kota - jasno stawia sprawę Kapica który zapowiada, że sztab szkoleniowy Ruchu już wytypował kilku graczy, którym zimą będzie proponował wypożyczenia w celu ogrywania ich w seniorskiej piłce.
Drugi zespół to obowiązek
Są jednak tacy (stanowią nawet większość) którzy uważają, że rozsądnie prowadzona "dwójka" jest w zawodowym futbolu nie do przecenienia. Jedną z tych osób jest... Piotr Mandrysz. Trener GKS-u Katowice mocno ubolewa nad faktem, że musi sobie radzić bez zaplecza w postaci zespołu rezerw. Tak postanowiono jeszcze za kadencji prezesa Wojciecha Cygana i dyrektora Grzegorza Motały. - Przed podjęciem tej decyzji pytano mnie o zdanie i byłem jej przeciwny. Nie wiem jakie były argumenty za wycofaniem drugiej drużyny, bo mi ich nie podano - nie kryje szkoleniowiec "GieKSy".
Przy Bukowej z problemem braku drugiej drużyny mierzyli się kilkukrotnie. Damian Garbacik po fatalnym występie przeciwko Wigrom Suwałki został przesunięty do treningów z... juniorami. Ani to wychowawcze dla młodzieży, ani praktyczne dla zawodnika, który w efekcie tamtej decyzji a później kontuzji do końca jesieni murawy już nie powąchał. Do meczowego rytmu nie mieli gdzie wracać przedstawiciele całkiem sporego grona piłkarzy, którzy na przestrzeni rundy zmagali się z kontuzjami. Tacy piłkarze jak Rafał Kuliński, czy Wojciech Słomka nie mieli z kolei gdzie udowadniać swojej "meczowej" wartości, przez co do do ligi weszli właściwie dopiero wtedy, gdy szkoleniowiec Katowic nie miał innego wyjścia jak tylko sięgnąć po niedoświadczonych młokosów. - W obliczu faktu, że nie mogłem ich sprawdzić w drugiej drużynie podjęcie wobec nich decyzji w kontekście gry o I-ligowe punkty stanowiło niewiadomą. Stawiałem więc na tych, którzy w przeciwieństwie do nich dysponowali większym doświadczeniem - tłumaczy Mandrysz.
- Nawet biorąc pod uwagę, druga drużyna GKS-u spadła do okręgówki to każdy rozegrany mecz jest czymś zupełnie innym niż trening. Dla zawodników, którzy w dany weekend nie pojawili się na boisku brak gry nie pomaga w utrzymaniu dyspozycji na odpowiednim poziomie. Uważam, że w każdym klubie na poziomie I ligi rezerwy to obowiązek - przekonuje Mandrysz.
Polecane
I liga